Wspólne dziedzictwo Wilna staje się platformą dobrej współpracy
Rozmowa z dr. hab. Hubertem Łaszkiewiczem, historykiem nowożytności specjalizującym się w historii Europy Środkowo-Wschodniej XVI-XVII w., pracownikiem Uniwersytetu Warszawskiego.
Konrad Rokicki: Porozmawiamy dzisiaj o historii Wilna i o tym, jak wpłynęła ona na Polskę, polskie społeczeństwo i polską tożsamość narodową, a także o tym, jak patrzymy na Wilno dzisiaj. Na początek chciałbym zapytać, co wpłynęło – przede wszystkim z perspektywy kulturalnej – na to, że Wilno stało się w pewnym momencie i pozostaje do dziś jednym z symboli polskiej kultury.
Hubert Łaszkiewicz: Po pierwsze, tożsamość polska jest złożona i wielowątkowa – tak samo jak kultura polska. Wilno zajmuje w niej ważne miejsce, bo przez ok. 300 lat na tych terenach funkcjonowało wspólne państwo polsko-litewskie – Rzeczpospolita Obojga Narodów, wcześniej zaś była unia personalna i Wilno stanowiło drugą stolicę. Jak każda stolica, także i Wilno skupiało elity intelektualne, a od XVI wieku działał tam uniwersytet jezuicki. Dlaczego i dzisiaj Wilno jest istotne? Wilno wyobrażone, bo być może z naszej perspektywy nie to, które obecnie istnieje, raczej pamięć o Wilnie jako o ważnym mieście dawnej Rzeczypospolitej.
Wilno było największym miastem w regionie, powiedzmy ziem litewsko-białoruskich, które przyciągało wielu ludzi. Część z nich odegrała ważną rolę w rozwoju kultury polskiej, przede wszystkim dwaj poeci romantyczni. Mówię oczywiście o dwóch nazwiskach, które stały się ikonami. Jeden, który został związany z Wilnem, to Adam Mickiewicz, choć długo tam nie mieszkał. Drugi, który mieszkał w Wilnie długo i należał do miejscowej elity, to Juliusz Słowacki, który w odróżnieniu od Mickiewicza nie wspominał zbytnio ani Wilna, ani Litwy. Jak dziś zwiedza się Wilno drogą „polskich śladów”, na każdym domu, gdzie przebywał Mickiewicz, jest tablica. A w przypadku Słowackiego – nie.
KR: Wilno pozostało zresztą znaczącym miastem regionu, choć pewnie w zupełnie nieporównywalnym stopniu, w okresie międzywojennym. Funkcjonowało tu przecież polskie (i nie tylko polskie) życie kulturalne, Uniwersytet Stefana Batorego oraz ośrodki naukowe, np. ważny ośrodek sowietologiczny.
HŁ: Poruszył Pan ważny wątek, czyli uniwersytet. Z tego, co wiemy ze źródeł i historiografii, pamięć o zlikwidowanym w latach 30. XX wieku uniwersytecie, który został częściowo przeniesiony do Petersburga, była wciąż żywa i w mieście działały różne stowarzyszenia miłośników „rzeczy dawnych”. Wilno pozostawało więc wciąż żywym miejscem pewnego ruchu i społecznej organizacji kulturalnej. Uniwersytet Stefana Batorego, który został odrodzony w 1919 roku, nie był uniwersytetem dużym, zresztą jak samo Wilno, około dwustutysięczne miasto. Sam zaś uniwersytet liczył około pięciu tysięcy studentów. Miał za to komplet wydziałów: teologia, prawo, sztuki piękne.
KR: Miał też wielu wybitnych pracowników.
HŁ: To prawda, ale trzeba pamiętać, że wielu z nich nie pochodziło z Wilna i Wileńszczyzny. Byli z Galicji, z Prus, ale to raczej norma w przypadku tych kilku uniwersytetów powstałych krótko po 1918 roku. Byli to ludzie, którzy uczyli się i pracowali na innych uniwersytetach w Polsce, także za granicą – ciekawe grono. Oczywiście niezwykle istotnym elementem całej układanki są studenci różnych kierunków: ścisłych, humanistycznych itd., którzy po latach wciąż utrzymywali i przenosili pamięć o USB na młodsze pokolenia żyjące już w PRL-u. Tworzyli legendę wspaniałej wszechnicy, która po wielu latach powstała jak feniks z popiołów i od razu zabłysła na nieboskłonie wielką gwiazdą nauki. To środowisko w przeważającej większości przeniosło się do Polski, ale – jak widać – nie porzuciło wspomnień o Wileńszczyźnie. O Wilnie po latach pisało wielu pisarzy.
KR: Jak Czesław Miłosz na przykład.
HŁ: Tak, z tym że on na USB studiował akurat prawo.
Poruszył Pan także inny istotny wątek – Instytut Badawczy Europy Środkowo-Wschodniej. Początki zinstytucjonalizowanej polskiej sowietologii. Niezwykle istotna inicjatywa, której (choć formalnie była to jednostka badawcza w pełni niezależna) patronował Oddział II Sztabu Generalnego WP, jeszcze wtedy płk Tadeusz Pełczyński. Na ten temat powstało już wiele prac w historiografii, które warto zgłębić.
Ten instytut miał bardzo ciekawą historię i bardzo ciekawy zespół analityków. Nie wszystkie jego dokumenty się zachowały: część została zniszczona w trakcie wojny, pewnie niemała część jest w Moskwie, ale warto podkreślić, że nie z powyższego powodu, a z racji sytuacji politycznej w powojennej Polsce historia instytutu jest przykładem innym niż USB – przykładem historii bez kontynuacji. W PRL-u przecież nie tworzono takich ośrodków sowietologicznych. Z badań Sławomira Łukasiewicza wynika, że w Wilnie w ramach wspomnianego instytutu oraz innych placówek badawczych wykształcono w okresie międzywojennym ponad stu sowietologów. To dobry przykład tego, że miasto pozostawało ważnym ośrodkiem życia naukowego.
Samo miasto natomiast pozostawało „zatopione w przeszłości”. Uchodziło ono za urokliwe, ale nie było ani miastem dużym, ani specjalnie nowoczesnym. Co ciekawe, samo życie kulturalne miasta było animowane przez ludzi z zewnątrz. Istotną rolę odegrał tu Witold Hulewicz, który przyjechał do Wilna z Wielkopolski i tworzył liczne inicjatywy ożywiające życie kulturalne polskich mieszkańców miasta.
Faktem jest – tak jak wspominałem – iż powstała legenda tego miasta po latach. A dokładniej wiele legend, różnych w zależności od tego, w jakim okresie mieszkał tam jej autor, jak mu się żyło itd. W związku z tym, że przez Wilno przewinęło się bardzo dużo osób w trakcie historii tego miasta, jak wspomniany przez Pana Czesław Miłosz czy również Józef Piłsudski, a przecież także wielu „prostych” ludzi. Ilu ludzi, tyle legend. To, co mamy w szkole, co jest w podstawie programowej, to również kultywowanie pewnej pamięci o Wilnie, choć na poziomie podstawowym i w oparciu o ikony. Tak długo jak w podstawie jest Mickiewicz, tak długo będzie Wilno. Jak zniknie, może też zaniknąć Wilno. A ponieważ jest i Mickiewicz, i filomaci oraz filareci, to miasto to jest obecne jako element dziedzictwa kultury polskiej.
KR: Także wspomniany przez Pana Piłsudski.
HŁ: Tak, oczywiście. Cała legenda umiłowanego miasta Naczelnika – matka i serce syna spoczywające na Rossie wraz z polskimi żołnierzami. Jest, jak myślę, jakiś język wspólny dla opisu miejsca Wilna w historii Polski, ale jest to tylko jeden z tropów do zrozumienia dziejów miasta. Wilno to przecież nie tylko Polacy, ale również Żydzi, Białorusini i inne mniejszości. I ci ludzie również jakoś to miasto pamiętali, jakoś do niego powracali i przekazywali tę ideę kolejnym pokoleniom. Wilno jest żywe nie tylko dla Polaków, ale także u innych (poza Litwinami, bo tu współczesne znaczenie miasta jest oczywiste).
Ta pamięć zresztą ewoluuje. Wilno to miasto Tadeusza Konwickiego, autora Kroniki wypadków miłosnych. Na podstawie tej powieści Wajda nakręcił film. Czy ten film nadal cieszy się zainteresowaniem? Nie wiem. Ale kiedy ktoś podchodzi do utworów Mickiewicza, np. Dziadów, to zawsze to Wilno gdzieś się pojawia.
No i wreszcie historia katolicyzmu w Polsce: mnóstwo ważnych postaci, m.in. jedna z Madonn, ciesząca się w miarę powszechnym kultem Matka Boska Ostrobramska. Stała ona się ikoną, obok Matki Boskiej Częstochowskiej.
KR: Kult Matki Boskiej Ostrobramskiej jest raczej przykładem kultu funkcjonującego w zasadzie wyłącznie wśród Polaków, prawda? Choć to w innym kraju, odbywają się do dziś pielgrzymki Polaków na Litwę.
HŁ: Wydaje mi się, że w katolicyzmie Matka Boska jest w pewien sposób uniwersalna. Są natomiast z pewnością wizerunki, które cieszą się większą lub mniejszą czcią. I Matka Boska Ostrobramska jest tego dobrym przykładem, bo jest to faktycznie polski kult. Nie znaczy to, że jest w ogóle niezauważalna dla innych grup, np. prawosławni w Wilnie, których klasztor znajduje się obok Ostrej Bramy, też w pewnym stopniu oddają jej hołd. Ale to też pokazuje bogatą historię Wilna, które jeszcze w latach 30. było przecież miastem bardzo zróżnicowanym etnicznie, choć z istotną przewagą kultury polskiej. Na około dwieście tysięcy mieszkańców ponad połowa to byli Polacy. Z tych Polaków wielu było przedstawicieli inteligencji znaczącej, wpływającej na życie miasta. Ale, jak wspominałem, nie byli oni jedyni.
I dlatego wraz z przenoszeniem pamięci o tym mieście mamy do czynienia z różnymi wspomnieniami: idealizującymi, mitologizującymi (w najszlachetniejszym znaczeniu tego słowa) i przeciwnymi, także zapewne w wyobrażonych światach istnieje kilka tych miast. Ja sam, czytając i jeżdżąc po świecie, rozmawiając z wilnianami lub ich potomkami, widzę jak różne są wspomnienia o tym mieście. Na pewno można stwierdzić, że – powtórzę za Mickiewiczem – „kraj dziecinny jest najpiękniejszy”. A poza tym rzeczy stracone zdają się żyć własnym życiem i im bardziej je straciliśmy, tym są piękniejsze. Myślę, że w podobny sposób myśli wielu starszych Niemców pochodzących z dawnych Prus i innych ziem, którzy z utęsknieniem wspominają Królewiec czy Gdańsk. Tak pewnie myślą Żydzi o Warszawie, która była miastem ich młodości. Myślę, że fakt, iż jest to świat utracony, tworzy pewne ciepło w sercu i wzmacnia kultywowanie pamięci.
KR: O czymś, co już nie wróci.
HŁ: Tak. Politycznie już Juliusz Mieroszewski i Jerzy Giedroyć po wojnie oświadczyli w swoim tekście o Ukrainie, Litwie i Białorusi, że „pamiętamy, ale nie wracamy”, „nie może to być przedmiotem sporów”. Dzisiaj, kiedy Litwa i Polska są w Unii Europejskiej, granic nie ma i można swobodnie współpracować, pomimo różnych obaw i niechęci (poważnych i niepoważnych, bo są przecież różne) wspólne dziedzictwo Wilna staje się chyba – i mówię to jako historyk – platformą dobrej współpracy. Widziałem to np. w obchodach 700-lecia „giedyminowej” lokacji Wilna czy obchodzonych w 2009 roku tysiącleciu pierwszego wspomnienia o Litwie w źródle historycznym, czyli w dziele Brunona z Kwerfurtu. Wybudowano wtedy tzw. „dolny zamek” pod wzgórzem Giedymina, a bliskim współpracownikiem budowy tego zamku był Wawel, na którym zresztą w dużym stopniu wzorowano wileńską budowlę.
Ta opowieść o Litwie i jej współczesnych związkach z Polską nie ogranicza się tylko do tych wydarzeń. Jest zakrojona na szeroką skalę współpraca między uczelniami i instytucjami kulturalnymi. Wydaje się, że minął już czas tego ostrego konfliktu, politycznego i wojskowego, o przynależność państwową Wilna – inaczej by to tak nie wyglądało. Były przecież walki o miasto, litewskie oskarżenie o okupację przez Polaków po 1920 roku itd. Pamięć o tym konflikcie, będąca elementem międzywojennej tradycji litewskiej, jest oczywiście wciąż dziś obecna. Do dziś mówi się na Litwie o „polskiej okupacji” w kontekście lat 1920-1939.
KR: Co jest wizją kompletnie odmienną od tego co przedstawia się w polskich szkołach.
HŁ: Niech Pan zresztą spróbuje to powiedzieć komuś, kto się urodził w Wilnie w tamtym okresie, a kogo rodzice mieszkali tam jeszcze przed okresem międzywojennym, jeszcze przed XX wiekiem. Dla niektórych Litwinów chyba ważne jest utrzymanie w pamięci historycznej terminu „okupacija” i mnie to osobiście nie razi. Wynika to z międzywojennej, państwowej wizji politycznej państwa litewskiego i nie jest dziś chyba szczególnie wpływowym poglądem.
Miasto ma natomiast wiele miejsc, które można (i należy) potraktować jako przedmiot kultywowania wspólnej pamięci Polaków, Litwinów, Białorusinów itd., np. wspomniana Rossa…
KR: …która jest cmentarzem nie tylko polskim, choć wydawałoby się, że szczególnie istotnym właśnie dla Polaków.
HŁ: Tak. Jest tam np. i Joachim Lelewel, którego przeniesiono z Francji w dwudziestoleciu międzywojennym, i Kazys Boruta. Ten ostatni jest bardzo ciekawym przypadkiem, bo to litewski pisarz i poeta, który w trakcie II wojny światowej ratował rękopisy Adama Mickiewicza przed zniszczeniem. Boruta, którego twórczość Miłosz uważał za bardzo interesującą, a który jest w Polsce postacią w zasadzie kompletnie zapomnianą, jeśli w ogóle zaistniała w jakiejś szerszej świadomości. A, jak widać, jego historia jest ważna i dla Litwinów, i dla Polaków.
KR: Myśli Pan, że obraz Wilna będzie jeszcze ewoluował?
HŁ: Na pewno. W dzisiejszych czasach ludzie mogą swobodnie podróżować, odkrywać miasto na własną rękę. Odkrywają jego niezwykłe miejsca, znane bardziej lub mniej, ale – co bardzo istotne – już niekoniecznie zanurzone we wspomnieniach historycznych. Jak zwiedzają Zarzecze, to niekoniecznie zwiedzają je, poszukując „starego, polskiego Wilna”.
KR: Czy wpływ na to miało uczynienie z tematu Wileńszczyzny pewnego tabu w dyskursie publicznym?
HŁ: Nie wiem czy tabu jest dobrym określeniem, bo jest dość mocne. Niech Pan stanie twarzą do głównego wejścia do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Po lewej będzie Pan miał dwie figury: Kopernika i Mickiewicza. Pomniki będące „darem Stalina dla narodu polskiego”. W związku z tym, że nigdy Mickiewicza i jego „Litwo, ojczyzno moja” nie ocenzurowano w znaczącym stopniu i ludzie to wciąż czytali (w tym młodzież), to chyba nie było to aż takie „tabu”. To miasto wciąż istniało w świadomości społecznej i niespecjalnie starano się go wymazać, choć oczywiście znacznie trudniej było tam pojechać. Samo miasto też się zmieniło. Zmieniano różne symboliczne fragmenty miasta w stylu sowieckim, powstały nowe zabudowania itp., a jednocześnie cały czas pamiętano o wydarzeniach wcześniejszych epok w rodzaju powstania styczniowego, mimo iż mówimy o Związku Sowieckim.
Myślę, że tak jak z każdym wyobrażeniem kulturowym o danych wydarzeniach i przestrzeni, wyobrażenia i pamięć o Wilnie będą dynamiczne zarówno dla Polaków, jak i dla Litwinów czy przedstawicieli innych narodowości, którzy z różnych powodów pamiętają o tym mieście. I to będzie szło coraz dalej.
Zresztą, poza tym, że naturalnie zmieniają się pokolenia i ich pamięć historyczna, to i samo miasto się zmienia. Centrum życia Wilna skupione było przez wiele lat tylko w jego historycznej części, na południe od przecinającej miasto rzeki Wilii. Dzielnice znajdujące się po drugiej stronie były spokojnymi, mało znaczącymi obrzeżami. A po latach to się zaczęło zmieniać. Dzisiaj to na Śnipiszkach (po drugiej stronie rzeki) mieszczą się największe w mieście biurowce, dalej na północ powstało wiele wieżowców mieszkalnych. Także charakter miasta zaczyna być inny niż był w czasach, gdy Wilno było bardziej polskim miastem.
KR: No właśnie, dziś już charakter tego miasta jest inny, tak samo jak przynależność państwowa i struktura etniczna. Chciałbym zapytać nieco o mniejszość polską, wciąż przecież obecną w Wilnie. Jaką rolę odgrywa ona w życiu miasta?
HŁ: Obecnie kilkanaście procent mieszkańców stolicy uważa się za Polaków, a korzenie częściowo polskie ma zapewne jeszcze więcej. Tamtejsi Polacy uważają Wilno za swoje miasto rodzinne. Po prostu albo mieszkają tam od dawna, albo się tam urodzili, albo pochodzą w ogóle z rodzin rodowitych wilnian. Oni mają swój własny obraz tego miasta, nieco inny od tego, jaki wytworzył się w Polsce. Oni tu żyli, szli na studia, zakładali rodziny, przeżywali nieco inne wydarzenia z historii polityczno-społecznej. O tym się w Polsce za wiele nie mówi i jest to jednak co innego niż kultywowana po II wojnie światowej narracja o „ziemi utraconej”, bo u wileńskich Polaków ta ciągłość nie została zerwana. I jednocześnie oni dalej uważają się za Polaków i utrzymują kontakty z Polską.
KR: Czy były prowadzone jakieś szersze badania na temat Wilna w oczach miejscowych Polaków?
HŁ: Niestety nie przypominam sobie, by istniały jakieś głębsze badania na ten temat. A z pewnością warto je przeprowadzić, ponieważ może to odsłonić nową perspektywę dla Polaków w Polsce. Tak jak wspominałem wielokrotnie w ramach tej rozmowy – jedno miasto, wiele historii. I dlatego warto je poznawać, bo to daje nam jednocześnie możliwość autorefleksji nad swoją własną perspektywą.