Bycie ochotnikiem uchodziło za powód do dumy

Rozmowa z dr. hab. Tadeuszem P. Rutkowskim, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, historykiem specjalizującym się w historii politycznej XX w., członkiem zespołu projektu „Polskość – dziesięć wieków definiowania narodu”.

Konrad Rokicki: Panie Profesorze, zacznijmy od samego początku. Mamy lata 1918-1920: Polska po I wojnie światowej się odradza, ale nie jest to proces łatwy i jest on obarczony rozmaitymi trudnościami. Jednocześnie na wschodzie Rzeczypospolitej trwa wojna z Rosją Sowiecką – wojna, której przebieg w pewnym momencie sprawiał wrażenie, iż Polska może ją przegrać. Mimo to okazała się ostatecznie zwycięska i zaangażowała się w nią rzesza polskiego społeczeństwa. Jak oceniłby Pan skalę zaangażowania społecznego w trakcie wojny polsko-bolszewickiej?

Tadeusz Rutkowski: To zależy, o czym mówimy. Początek ochotniczego zgłaszania się do Wojska Polskiego poprzedza jeszcze wybuch wojny polsko-bolszewickiej, bo zaczął się w listopadzie 1918 roku. Datę tę można nawet przesunąć jeszcze bardziej, bo przecież Polska Organizacja Wojskowa, istniejąca we wszystkich trzech zaborach i na terenie ziem zabranych, również była organizacją ochotniczą, włączoną następnie – w okresie odzyskiwania niepodległości – w szeregi armii regularnej. Ochotniczy charakter w tej części polskiego wojska ma więc miejsce już od razu. Również w miejscu, w którym się znajdujemy, czyli na Uniwersytecie Warszawskim, w centrum największego miasta polskiego, widoczne były przejawy ruchu ochotniczego. Wkrótce po ogłoszeniu przez Radę Regencyjną dążenia przez Polskę do niepodległości w końcu października 1918 roku widoczna była aktywność organizacji młodzieżowych promująca zgłaszanie się do wojska. Później, w listopadzie 1918 roku w wielu miejscach miało miejsce słynne rozbrajanie żołnierzy niemieckich. W tym okresie masowo do wojska zapisywała się młodzież zarówno studenci, jak i młodzież mieszczańska, rzemieślnicza.

Ale pierwszym miejscem, gdzie zaciąg ochotniczy odbył się na duża skalę i wywarł wpływ na wydarzenia historyczne, to była obrona Lwowa. To był 1 listopada 1918 roku, kiedy nieliczne oddziały tworzącego się Wojska Polskiego (ok. 200 osób) zostały od razu wsparte przez młodzież, w tym dzieci. Oddziały te do otrzymania wsparcia ok. 20 listopada w zasadzie odegrały bardzo istotną rolę i można powiedzieć, że cała obrona Lwowa w tym pierwszym okresie opierała się na polskich ochotnikach, nie na żołnierzach z poboru, ale właśnie na tych, którzy zgłosili się sami.

Sytuacja po tych pierwszych zrywach się ustabilizowała, ponieważ tworząca się regularna armia w mniejszym stopniu potrzebowała ochotników, zwłaszcza nieletnich. Sam znalazłem dokumenty prezentujące historię chłopaka, wtedy 17-letniego, który zgłosił się do wojska, do tworzonych wtedy oddziałów Legii Akademickiej i pisał o tym, iż od zaciągu uczniów powstrzymywały publicznie ich matki. Natomiast sam, jak już zdał maturę, wstąpił do wojska w roku 1919 i w wojnie polsko-bolszewickiej brał udział jako ochotnik. Podkreślmy, że było to jeszcze przed momentem największego zagrożenia bolszewickiego. Takich ludzi było dużo, a np. 36. Pułk Legii Akademickiej był pułkiem w pełni ochotniczym.

Oczywiście największy skok w rozmiarze ruchu ochotniczego miał miejsce w 1920 roku, czyli wtedy, gdy zagrożenie niepodległości Polski ze strony Armii Czerwonej było duże. Wówczas miały miejsce wezwania do ochotniczych zgłoszeń do wojska i podjęte zostały działania nad organizacją armii ochotniczej, począwszy od lipca 1920 roku.

Pytał Pan o skalę. W tamtym okresie Armia Ochotnicza, kojarzona głównie z Warszawą i okolicami w rodzaju Radzymina, walczyła w zasadzie na całym terytorium nieokupowanym przez bolszewików i mobilizowała ponad sto tysięcy ludzi. Był to ruch na tyle masowy i powszechny, że niezgłaszanie się do wojska – tak zresztą jak i w okresie wcześniejszym, np. w roku 1918 – traktowane było jako coś niehonorowego. Ludzie, którzy unikali udziału w ruchu ochotniczym, byli uważani za tchórzy, zaś ochotnicza służba uchodziła za rzecz niezwykle zaszczytną. Tak zresztą pozostało przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego.

Mało znanym jest to, że mieliśmy wówczas również ruch ochotniczy kobiet. Inicjatywa legii kobiecej powstała już po listopadowych walkach z Ukraińcami we Lwowie, natomiast w Warszawie i w Królestwie Polskim studentki często zgłaszały się ochotniczo do prac pomocniczych, np. w szpitalach.

KR: Czy da się stwierdzić, przynajmniej częściowo, jacy ludzie zgłaszali się na ochotnika do wojska? Może byli to np. ludzie, którzy uciekali przed bolszewikami ze wschodu, ludzie pochodzący z kluczowego latem 1920 roku Mazowsza, a może z innych terenów?

TR: Problem polegał na tym, że sama Armia Ochotnicza została powołana dosyć późno, to znaczy dopiero w samym momencie powszechnego zagrożenia bolszewickiego dla centrum Polski. Z tego tytułu objęła ona przede wszystkim rejony miejskie. Nie ma też wątpliwości, że rejony miejskie były najbardziej zaangażowane patriotycznie. Byli to przedstawiciele różnych grup społeczno-zawodowych, poza wspomnianymi studentami także rzemieślnicy z czeladnikami, różnego typu robotnicy itd. Na wieś było dużo ciężej dotrzeć zarówno z perspektywy transportowej, jak i z faktu, że wieś była mniej świadoma narodowo. Widać to np. w tym, że najsłabszym okręgiem do werbowania było Lubelskie, które było regionem ewidentnie rolniczym.

Trzeba mieć też na względzie, że na ochotnika zgłaszała się głównie młodzież, ponieważ mężczyźni w wieku poborowym nie mieli zwolnienia od służby wojskowej, więc i tak już byli w wojsku. Zgłaszali się też ludzie z kategoriami zdrowia oznaczającymi brak zdolności do służby wojskowej. Wielu z nich służyło w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, tylko że na tyłach, np. w kancelariach. Tak służył na przykład mój dziadek, który miał problemy ze wzrokiem i który trafił do jednego z oddziałów Sztabu Generalnego. Ci, którzy mieli lepsze warunki fizyczne, szli na front.

Jeśli więc chodzi o przekrój społeczny, to byli to głównie uczniowie i studenci z Warszawy, choć nie był to ruch wyłącznie młodzieżowy.

KR: A z czego wynikał fakt, że ludzie ci rekrutowali się na ochotnika do wojska? Na ile wynikało to z pobudek patriotycznych, na ile z czystego zagrożenia, presji społecznej itd.?

TR: Ze wszystkiego po trochu, choć najbardziej z tego pierwszego powodu, tj. pobudek patriotycznych. Bardzo ciekawym i wymagającym nieco uwagi zjawiskiem jest fakt, iż pokolenie, które zaczęło wchodzić w dorosłe życie w latach 1918-1920, było pokoleniem wnuków powstania styczniowego, a zatem wychowanym przez rodziców, którzy sami wychowali się na klęsce powstańczej. W związku z tym było to pokolenie, w którym wartości patriotyczne były bardzo mocno wpajane przez rodziny. Na nich mocno oddziaływał mit powstania styczniowego związany przecież z nienawiścią do Rosji. Tak wychowywana młodzież zresztą już wcześniej angażowała się w działalność np. PPS po rewolucji 1905 r. czy Legionów. Dzisiaj służba dzieci w wojsku jest – i słusznie – tabu, natomiast na początku XX wieku, m.in. w związku ze wspomnianym wychowaniem, na ochotnika zgłaszali się uciekający z rodzin kilkunastolatkowie. Oczywiście sytuacja i motywy poszczególnych osób były różne. Mogła nim być chęć przeżycia przygody, wyrwania się spod kurateli rodziców.

Trzeba pamiętać o tym, że ruch ochotniczy, tak jak wcześniej wspominałem, zaczynał oddziaływać na społeczeństwo już wcześniej, w przypadku Legionów od roku 1914. Wtedy dzieci, które miały 14-15 lat, w roku 1918 miały lat 18-19. Byli więc to też ludzie, którym z racji wieku nie było dane zgłosić się do Legionów, nie podlegali oni poborowi do armii zaborczych, a w momencie odzyskania niepodległości poddali się temu ogólnemu zapałowi.

Oczywiście była też ogromna presja społeczna. Czasami trudno było zresztą określić, gdzie większe znaczenie miała presja społeczna, a gdzie własne uczucia czy chęć uczestnictwa. No i samo zagrożenie bolszewizmem, ale to akurat dość oczywiste.

KR: A jak wyglądała kwestia samej pamięci o udziale ochotników w wojnie polsko-bolszewickiej? I, bo może warto od tego zacząć, jak wyglądała kwestia pamięci o samej wojnie polsko-bolszewickiej po jej zakończeniu? Myślę tu zarówno o oficjalnej polityce pamięci, jak i o pracach historyków czy społecznych formach uczczenia pamięci o tych wydarzeniach itd.

TR: Mamy tu pewien dysonans w polityce historycznej. Z jednej strony walka o niepodległość była integralnym członem legendy obozu piłsudczykowskiego: wpierw były organizacje strzeleckie, potem zaś Legiony Piłsudskiego, co stanowiło legitymizację tego obozu politycznego do zajmowania ważnego miejsca w polskim życiu społecznym. Z drugiej zaś strony Armia Ochotnicza w 1920 roku powstała w pewien sposób in opposite of polityki piłsudczykowskiej, ponieważ wiązała się z potrzebą ratunku ojczyzny w sytuacji spowodowanej klęską wyprawy kijowskiej. Do przyłączenia się do armii ochotniczej nawoływały wszystkie partie polityczne i kościół, zatem był to ruch będący ponad podziałami i obejmujący także środowiska niepiłsudczykowskie.

W związku z tym sama pamięć o armii ochotniczej nie znalazła głębszego oparcia w polityce historycznej Polski po roku 1926 (bo była jednak swego rodzaju kontrlegendą dla legendy Legionów i Piłsudskiego). Poza tym było to środowisko istniejące dość krótko, które nie wytworzyło zwartego etosu weterana-ochotnika. Oczywiście po wojnie ochotnicy szybko wracali do szkół lub na uczelnię i ta wspólna walka nie wytworzyła zwartego środowiska. Pamięć o armii ochotniczej, na której czele stanął w końcu gen. Józef Haller, była podtrzymywana natomiast przez środowisko narodowej demokracji i inne ośrodki prawicowe. To był dodatkowy powód, dla którego piłsudczycy nie byli chętni do włączania tego „wycinka” do legendy 1920 roku.

Nie znaczyło to, rzecz jasna, że w samym społeczeństwie ten temat zaniknął. Środowisko inteligenckie o tym pisało, gromadzona była dokumentacja dotycząca wojsk ochotniczych. Miały także miejsce oddolne działania mające na celu upamiętnienie tych czynów, zwłaszcza takich jak obrona Płocka czy Lwowa. W szczególności to ostatnie, gdyż – jak mówiłem – tam udział ochotników istotnie wpłynął na wynik walk. Gdyby ich nie było, to pewnie walki o Lwów miałyby inny przebieg. Myślę, że podobnie było w skali generalnej: te 100 tysięcy osób walczących i na tyłach, i na froncie miały swoje znaczenie dla zwycięstwa nad bolszewikami. Miało to duży wpływ na morale i wspierało wyczerpane jednostki armii poborowej, które cofały się kilkaset kilometrów ze wschodu.

KR: A propos szacunku, jakim darzono ochotników w wojnie polsko-bolszewickiej, to trafiłem jakiś czas temu w pamiętniku Zygmunta Fedorowicza – delegata Rządu RP na Okręg Wileński i tymczasowo Nowogródzki w okresie II wojny światowej – na interesującą informację. Fedorowicz, który od zera tworzył struktury podziemnej administracji cywilnej w Nowogródzkiem, pisał o tym, że w pierwszej kolejności starał się oprzeć je o mieszkających w Lidzie i Nowogródku weteranów-ochotników wojny polsko-bolszewickiej, których poznał, sam będąc ochotnikiem w 1920 roku. To, że utrzymywał z nimi kontakt przez całe międzywojnie, świadczy m.in. o tym, że uważał ich za ideowców, którzy przysłużyli się sprawie.

TR: Nic dziwnego. Bycie ochotnikiem uchodziło za powód do dumy i ochotnicy nosili często publicznie odznaki i inne symbole pokazujące, że służyli ochotniczo. Szczególnym przedmiotem dumy i prestiżu było to w pierwszych latach po zakończeniu wojny.

Trzeba z drugiej strony jednak pamiętać o tym, że było to w dużej mierze wojsko młode, nieprzeszkolone, o różnym stanie zdrowia i ich realny wpływ na walkę w 1920 roku był bardzo zróżnicowany. Można też ogólnie stwierdzić, że wojsko ochotnicze nie było jednak w stanie zastąpić doświadczonego, regularnego i szkolonego żołnierza. Dlatego też pierwotnie pojawiały się pomysły o tworzeniu niemieszanych jednostek wojskowych składających się np. wyłącznie z ochotników. Utworzono jedną taką dywizję, która walczyła nad Narwią, ale ona się kompletnie nie sprawdziła w boju. Lepszym rozwiązaniem okazało się wcielanie tych ochotników do jednostek regularnych, które były już przećwiczone i ostrzelane. Sami ochotnicy dawali zaś duży walor ideowy, podnoszący morale. Nic w tym zaskakującego, że niewyszkolony 16-latek lub człowiek starszy nie są w stanie zastąpić normalnego wojska na większą skalę.

Czy gdyby nie było tego wielkiego ruchu, to czy przebieg walk mógłby być inny (czyt. gorszy)? Wydaje się, że tak, bo jednak Warszawa obroniła się w dużej mierze siłami i przy wsparciu ochotników.

KR: Chciałbym spytać także o drugą stronę konfliktu. Czy miało miejsce ochotnicze zgłaszanie się do Armii Czerwonej? Jaka jest skala tego zjawiska i czy w ogóle możliwe jest dokładniejsze jej zbadanie? Podejrzewam, że pewnym problemem stojącym przed badaczem mogły być siłowe wcielenia miejscowej ludności do tej formacji.

TR: Armia Czerwona pod tym względem była dosyć zróżnicowana. To, co umyka często polskim historykom, to fakt, iż było to wojsko ideowo bardzo zwarte. Dopóki nie nastąpiła porażka sowieckiego wojska pod Warszawą, to armia ta była w stanie iść przez kilkaset kilometrów w szybkim tempie i w bardzo ciężkich walkach oraz trudnych warunkach. Tam nie było masowych dezercji czy chęci przejścia na drugą stronę. Było to faktycznie wojsko z poboru, bardzo mocno indoktrynowane politycznie i zdarzały się przypadki wcielania siłowego.

Ochotnicy do Armii Czerwonej się zgłaszali, ale zgłaszali się oni głównie spośród oficerów i żołnierzy byłej armii carskiej. Wynikało to z tego, że wyprawa na Kijów zaowocowała dużym odruchem nacjonalistycznym w społeczeństwie rosyjskim. Ten nacjonalizm starano się tłumić na poziomie oficjalnym, ponieważ był on sprzeczny z panującą ideologią, jednocześnie mocno zauważalnym wśród części żołnierzy sowieckich.

KR: Czy wśród obserwatorów zagranicznych – bo przecież wojna polsko-bolszewicka cieszyła się zainteresowaniem w Europie – oraz w np. zagranicznej prasie, wspomnieniach itd. akcentowano w bardziej wyraźny sposób udział ochotników po stronie polskiej? Czy było to przedstawiane jako swego rodzaju wielkie, pospolite ruszenie?

TR: Absolutnie tak. Wystarczy spojrzeć na książkę prof. Janusza Odziemkowskiego będącą albumem ochotników w wojnie 1920 roku. Polska propaganda wzniosła się wtedy na wyżyny, była bardzo intensywna. Powstała cała masa różnego rodzaju plakatów i ulotek propagujących służbę ochotniczą, udział harcerzy i dzieci w walce z „potworem bolszewickim” przedstawianym jako diabeł usiłujący zagarnąć Europę i siejący zniszczenie. Propaganda ta była momentami toporna, momentami czaro-biała, ale było to typowe dla tych wydarzeń. Podziw budziła także jedność ponad podziałami w promowaniu kampanii ochotniczej. Działały na jej rzecz praktycznie wszystkie partie polityczne (poza komunistami, ale to było wówczas marginalne środowisko), wspierane dodatkowo przez Kościół i różne organizacje społeczne.

KR: A jak wyglądała pamięć o ochotnikach 1920 roku w Polsce po II wojnie światowej?

TR: Wojna polsko-bolszewicka generalnie zaczęła być szybko wycierana z przestrzeni publicznej w powojennej Polsce. Nie od razu oczywiście, ale sporo pomników zniknęło już po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie polskie. Także publikacje dotyczące tej wojny usuwano z bibliotek. Jakby studiował Pan w latach 50. czy 60., to dostęp do nich byłby dla Pana mocno utrudniony.

Odrodzenie pamięci o 1920 roku, które wybuchło w różnych miejscach i z różną intensywnością, było możliwe dzięki dużej bazie opracowań i źródeł publikowanych, które powstały przed II wojną światową. Powojenne badania tego aspektu wojny polsko-bolszewickiej miały miejsce dopiero po upadku komunizmu w Polsce i do dziś pozostają niepełne, z widocznymi białymi plamami. Swoje zrobiło też zniszczenie archiwów w trakcie wojny.

Warto też pamiętać, że udział w walkach – podobnie jak w przypadku ludzi służących w Armii Krajowej – był bardzo mocnym przeżyciem środowiskowym. Istotnie ukształtował on pokolenie ludzi wchodzących w czasy II Rzeczypospolitej i kształtuje ich dzieci. Nie bez powodu mamy odwołania do lat 1918-1920 w konspiracyjnej działalności z lat 1939-1945 i nie bez powodu wiele osób odgrywających znaczącą rolę w drugowojennej konspiracji (jak wspomniany przez Pana Fedorowicz) czy w okresie powojennym (jak prof. Tadeusz Manteuffel, wieloletni dyrektor Instytutu Historycznego UW, który stracił rękę w omawianej przez nas wojnie) miało w swej historii epizod ochotniczego udziału w wojnie 1920 roku. Dla tych osób było to przeżycie pokoleniowe, które nie pozwalało, by ulec sowietyzacji Polski w stopniu, którego oczekiwali komuniści. Nawet jeśli się łamali, nawet jeśli zachowywali się inaczej niż 30 lat wcześniej, to nie przyczyniło się to do załamania mitu wojny polsko-bolszewickiej: mitu o bohaterstwie ochotników, który tlił się także w latach Polski Ludowej i który dotrwał do dziś.