Państwo polsko-ruskie. O przedrozbiorowej Rzeczpospolitej nie tylko polskiej
Rozmowa z prof. Andrzejem Romanowskim, pracownikiem Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, redaktorem naczelnym Polskiego Słownika Biograficznego.
Adam Leszkiewicz: Co dziś przede wszystkim przeszkadza nam w zobaczeniu i zrozumieniu, czym i jaka była przedrozbiorowa Rzeczpospolita?
Andrzej Romanowski: Umyka nam chyba głównie fakt, że państwo przedrozbiorowe nie było po prostu „Polską”. Po drugie, były to raczej dwa państwa złączone unią realną, był wspólny władca, ale były odrębne urzędy, kanclerze, hetmani. Były to zatem dwa państwa. Oba były polsko-ruskie czy litewsko-ruskie, ale nawet, jeśli skupimy się na Koronie, to istniała tu dysproporcja – większość jej ziem to były terytoria historycznie ruskie, a nawet tak się nazywały. Województwo ruskie – co może nas dzisiaj dziwić – zaczynało się od takich miast jak Rzeszów czy Krosno, których nie nazwalibyśmy dzisiaj ruskimi ani tym bardziej ukraińskimi. Ruś nie dominowała ludnościowo, ale terytorialnie już tak.
Z kolei miasta były przez dłuższy czas niemieckie, na przykład Krosno było nazywane parva Cracovia, małym Krakowem, dlatego że w XV czy jeszcze w początkach XVI wieku było miastem podobnym do Krakowa, w którym w warstwach zamożnego patrycjatu dominował język niemiecki. Ale oba państwa, o których mówię – to jest Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie – były państwami szlacheckimi, lud nie miał w nich nic do powiedzenia. Mieszczanie liczyli się w jakiejś mierze, ale coraz mniej, bo ich prawa były coraz bardziej uszczuplane.
Dziś o tej wspólnocie państw nie pamiętamy właściwie zupełnie. Kiedy mówimy o Ukrainie, to myślimy o niej w kontekście wojny rosyjsko-ukraińskiej, ale też rzezi wołyńskiej – bratobójczego aktu, który nie był wyjątkowy niestety wśród słowiańskich narodów w XX wieku. Wystarczy przypomnieć okrucieństwa konfliktu serbsko-chorwackiego i zbrodnie, szczególnie ze strony chorwackiej. Ukrainę traktujemy jako byt obcy – posiadający inny język i tradycje. Zapomina się też, że Ukraina zachodnia jest katolicka. Zdarzało mi się spotykać ze sformułowaniem „Polska jest katolicka, a Ukraina greko-katolicka”, co jest bezsensowne. Lustrzanym powiedzeniem byłoby: „Ukraina jest katolicka, a Polska rzymsko-katolicka”. W każdym razie katolickość zachodniej Ukrainy wynika stąd, że była ona pod panowaniem Austrii, gdzie nie było walki z unią kościelną jak w Rosji (tam grekokatolicy zostali w 1839 roku przymusowo wcieleni do prawosławia). Ukrainę traktujemy więc obco, tak samo Białoruś, mimo że wspólnota z nią trwała właściwie do początku XX wieku.
Z tego, o czym opowiadam o przedrozbiorowej Rzeczpospolitej, nie zostało właściwie nic – rzeczywiście jest to dla nas inny świat.
AL: Iloma językami mówiono w dawnej Rzeczpospolitej? Czy to w ogóle możliwe do policzenia?
AR: To kwestia fundamentalna. Ale kodyfikacja językowa była wówczas inna niż dziś. Dzisiejszej polszczyzny krakowianina i warszawiaka nie nazwiemy osobnymi językami, jest to język wspólny. W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej język polski utworzył się bazie dialektów Wielkopolski i Małopolski. Mazowsze było na zewnątrz, tam mówiono inaczej. Gdyby polski język literacki utworzył się na Mazowszu, to mówilibyśmy „piękna nasa Polska cała”, a gdyby w Krakowie ktoś mówił „nasza”, to byłoby szadzenie, to byłaby gwara, z której by się wyśmiewano… Z kolei na całym wschodzie Polski, poczynając od wspomnianego Rzeszowa i Krosna, lud mówił po rusku. Dziś powiedzieliśmy po ukraińsku, chociaż to anachronizm. „Ukraina” to były wówczas Kresy Rzeczypospolitej. Ukraina czy Okraina była za Kijowem. Język ruski nie miał kodyfikacji językowej takiej jak polski. Polszczyzna miała Jana Kochanowskiego, po rusku natomiast nie tworzono literatury. Piśmiennictwo powstawało w języku cerkiewnym, cerkiewno-ruskim – istniało silne rozchwianie. Język staro-cerkiewno-słowiański w otoczeniu słowiańskim ulegał interferencji językowej. W każdym razie z południowych dialektów ruskich powstał później język ukraiński. A lud na Litwie – w Wielkim Księstwie – mówił w języku, ujmując to dzisiejszymi kategoriami, białoruskim, a na północ od Wilna – w języku litewskim albo żmudzkim. Do dziś Litwa etnograficzna dzieli się zasadniczo na Auksztotę i Żmudź różniące się językowo. W języku ruskim (ukraińskim), w języku miejscowego ludu zaczęto pisać dopiero w ostatnich latach XVIII wieku.
Z kolei język niemiecki królował na całym Pomorzu Gdańskim, czyli w Prusach Królewskich. Z czasem następowała pewna polonizacja, ale w Gdańsku czy Toruniu język niemiecki rządził do samego końca istnienia Rzeczypospolitej. Gottfried Lengnich, pisarz języków niemieckiego i łacińskiego z XVIII wieku, napisał wielotomową pracę Geschichte der preussische Lande, czyli Historia krajów pruskich, ale też w języku niemieckim wydawał w Gdańsku pismo „Polnische Bibliothek”. Swoją drogą niemieckojęzyczni poddani byli niesłychanie lojalni wobec króla polskiego. Lubię przywoływać fakt, że gdy Jasna Góra broniła się przed Szwedami dwa miesiące w 1655 roku, protestancki Gdańsk przeciwko swoim przecież braciom w wierze bronił się dwa lata. Gdańszczanie absolutnie nie chcieli wpuścić Szwedów w swoje mury.
Był oczywiście język jidysz, czyli język wytworzony przez Żydów w przeciągu wieków na bazie niemieckiego. Ale w jidysz mówiono, na ogół nie pisano – pisano w hebrajskim. Literaturę piękną w jidysz zaczęto tworzyć w XIX wieku. Mówiono także po tatarsku, ale mówiący w tym języku Tatarzy pisali po arabsku. Można więc powiedzieć, że arabski także był jednym z języków Rzeczypospolitej – marginalnym, ale był. Zdarzało się nawet, że zapisywano tekst polski alfabetem arabskim, np. w sytuacji, gdy Tatar nie znał alfabetu łacińskiego, ale rozumiał, co do niego mówi Polak czy Rusin. Znajdujemy więc w tatarskich kitabach, księgach, właśnie teksty w języku polskim zapisane po arabsku. Tak samo, jak istnieje zjawisko zapisywania języka polskiego cyrylicą, ale to raczej w Rosji. Można jeszcze dodać język karaimski, choć to rzecz całkiem marginalna. Dało się też słyszeć język szkocki czy holenderski, choć to już kwestia izolowanych, malutkich wysepek, wyjątków.
AL: A w ilu z tych języków (a może i w innych) drukowano, publikowano?
AR: Jeśli chodzi o język dzieł drukowanych, to oczywiście najważniejsza była łacina. W X czy XI wieku nikomu do głowy nie przychodziło, że można pisać w takim języku, w jakim się mówi: pisze się po łacinie. Ale jaka to była łacina? Średniowieczna: język, który funkcjonował w całej Europie w różnych odmianach. Nasza odmiana była taka jak niemiecka. Języki germańskie i słowiańskie są dalekie od łaciny, natomiast francuski nie, dlatego we Francji następowała interferencja między francuskim a łaciną. Ale w XVI wieku, nawet już pod koniec XV wieku, nastąpiło odrodzenie łaciny klasycznej. Łacina średniowieczna to był jednak język żywy. Łacina klasyczna była językiem martwym. Pisano w nim, by wrócić do źródeł starożytnych. Łacina jako język pisma była używana do XX wieku. W dwudziestoleciu międzywojennym istniało nawet tłumaczenie pieśni My, Pierwsza Brygada na łacinę! Inna nieoczywistość: w jakim języku pisał Mickiewicz? Jasne, że po polsku, ale objętościowo największy blok jego twórczości – prelekcje paryskie – powstał po francusku. A w jakim języku napisał Mickiewicz swój ostatni wiersz? Po łacinie: była to oda Ad Napoleonem III Caesarem Augustum… – i to jest oczywiście łacina klasyczna. Jeszcze w XVIII wieku cała twórczość Michała Koryckiego, żyjącego na Białorusi poety jezuickiego, powstała po łacinie, tak jak w XVII wieku twórczość Michała Kazimierza Sarbiewskiego.
Drugim po łacinie językiem pisma był w Rzeczypospolitej język cerkiewno-słowiański. To jest wschód Korony Królestwa Polskiego i południe Wielkiego Księstwa Litewskiego. Język Cyryla i Metodego z IX wieku nazywamy staro-cerkiewno-słowiańskim. Po pięciuset latach zmienił się na tyle, że nazywamy go cerkiewno-słowiańskim. A jeszcze później wypączkował z niego język cerkiewno-ruski. Język cerkiewno-słowiański był zapisywany cyrylicą, język polski i niemiecki – łacinką.
Jeżeli chodzi o piśmiennictwo żydowskie w piśmie używano, jak mówiłem, niemal wyłącznie języka hebrajskiego. Dla nierozumiejących hebrajskiego, zwłaszcza dla kobiet, pisano czasem też w jidysz, zapisując go alfabetem hebrajskim – mówimy o książkach kucharskich i podobnych drukach. Piśmiennictwo hebrajskie w Polsce rozkwitało. W żydowskim Kazimierzu pod Krakowem żył w XVI wieku znawca halachy (prawa żydowskiego) rabin Mosze ben Israel Isserles, zwany Remu, autor księgi Nakryty stół. Cieszył się sławą w całym świecie jidysz. Bo świat żydowski to były dwa światy. Południe Europy było sefardyjskie, też pisało alfabetem hebrajskim, ale mówiło w ladino, języku opartym o dialekty hiszpańskie. W kręgu sefardyjskim powstał kodeks prawa żydowskiego Józefa Karo, a w kręgu jidysz dzieło Isserlesa.
Kończąc przegląd języków pisma, należy jeszcze wrócić do wspomnianych już arabskiego oraz karaimskiego – ten ostatni był zapisywany alfabetem hebrajskim.
AL: Czego z dorobku Rzeczypospolitej nie pamiętamy i na co jesteśmy ślepi z tego powodu, że nie jest dla nas „polskie”? Chyba mało kto wie, że na przykład pierwsza drukowana Biblia w języku cerkiewno-słowiańskim, a więc dzieło, które można nazwać pomnikowym osiągnięciem kultury, została wydrukowana…
AR: …w Ostrogu – znajdującym się wówczas w Koronie. Stało się to w roku 1581. Jest to tak zwana Biblia Ostrogska.
Nadspodziewanie wiele jest zjawisk, do których Polacy się nie przyznają, bo są „ruskie”. Podam przykład polemik religijnych u schyłku XVI wieku. Chodziło o spór o unię brzeską: czy Ruś ma przyjąć unię, czy prawosławie ma się połączyć z katolicyzmem? Jeszcze wcześniej były polemiki w sprawie kalendarza: czy Ruś ma przyjąć kalendarz gregoriański, czy trwać przy juliańskim? Generalnie jednak sprawa dotyczyła wiary – Ruś przyjęła chrześcijaństwo w języku greckim, ale ponieważ miała przykład Bułgarii, która do liturgii wprowadziła język staro-cerkiewno-słowiański, zrobiła to samo. Otóż, gdy pojawiły się polemiki religijne u schyłku XVI wieku, powstało pytanie, w jakim języku te polemiki prowadzić. Oczywiście można było w języku cerkiewno-słowiańskim czy cerkiewno-ruskim, bo tego używano w piśmie, ale kto by to zrozumiał po stronie polskiej – choćby ze względu na alfabet. Język cerkiewno-ruski był przy tym zupełnie nieprzygotowany do prowadzenia takich polemik – był to w najlepszym razie język żywotów świętych. To zresztą był też język Biblii Ostrogskiej, ale to nie zmieniało istoty rzeczy. Otóż Rusini, żeby dotrzeć jak najszerzej ze swoją argumentacją, przeszli masowo na język polski. Stało się to u schyłku XVI i zwłaszcza w XVII wieku. Przeszli wszyscy, nie tylko grekokatolicy, którzy byli bliżej kultury zachodniej, ale także prawosławni. To jest zwłaszcza wielkie dzieło pracy kulturowej, którą wykonał metropolita Kijowa i całej Rusi Petro Mohyła. On najlepiej władał językiem polskim, a prawosławie ruskie bardzo zbliżył, także w sensie doktrynalnym, do katolicyzmu.
AL: Na tym przykładzie możemy zadać pytanie, które oczywiście ma o wiele szersze zastosowanie i na które odpowiedź ma bardzo poważne znaczenie: czy my, Polacy, mamy prawo się przyznać do literatury niewątpliwie ruskiej, wyrażającej ideały ruskie, a czasami także wrogość wobec Polaków, ale pisanej w języku polskim?
AR: Otóż uważam, że ze względu na język jest to oczywiście część naszego dziedzictwa. Czy to jest także dziedzictwo ukraińskie? Naturalnie – to jest ich literatura, tworzona w języku polskim. Tak samo jak my, Polacy, mamy literaturę tworzoną w językach innych niż polski – oczywiście najważniejszą jest ta pisana po łacinie. Ale też dzieła takie jak Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego albo pamiętniki Stanisława Augusta, czyli dzieła napisane po francusku, także należą do literatury polskiej. A czy do francuskiej? Oczywiście, także do francuskiej ze względu na język. To jest literatura polska napisana w języku francuskim. Mamy też utwory pisane w Rzeczypospolitej po niemiecku – choćby dzieło Lengnicha, o którym wspomniałem. A później? Czyż początkowa, niemiecka twórczość Stanisława Przybyszewskiego nie jest także częścią literatury polskiej? Czy zatem mamy prawo rozszerzyć rozumienie naszego dziedzictwa kulturowego na wielojęzyczne dziedzictwo Rzeczypospolitej? Uważam, że mamy. Gdybyśmy prześledzili poezję okolicznościową tworzoną w Gdańsku w XVII wieku, to okazałoby się, że niemieckojęzyczni, luterańscy gdańszczanie byli dumni ze swojego króla Jana III Sobieskiego: zachwycali się nim, że dał odpór islamowi. Na pewno nie wolno nam się od tego wszystkiego odgradzać, że to niby „nie nasze”.
Tak samo Ukraińcy mogą się przyznawać do XIX-wiecznej „szkoły ukraińskiej” polskiego romantyzmu – jej twórcy uważali się na ogół za Rusinów. A w gruncie rzeczy, jeżeli chodzi o literaturę ukraińską, przynajmniej w Galicji, i jeżeli chodzi o literaturę białoruską w dawnym Księstwie Litewskim, to u ich podłoża leżały inicjatywy polskiej szlachty. Ci szlacheccy etnografowie spisywali pieśni i wiersze ludowe i wydawali je: alfabetem łacińskim, ale po rusku. Wiele może nam powiedzieć już sam tytuł takiego dzieła jak Pieśni polskie i ruskie ludu galicyjskiego Wacława z Oleska (Wacława Zaleskiego), wydanego we Lwowie w roku 1833. Pochodzi z niego, śpiewana przez Papkina w Zemście, piosenka „Oj kot, pani matko, kot, kot/Narobił mi w pokoiku łoskot”. Ale obok niej znajdowały się w książce także piosenki ruskie. Szczególnie wyraźnie widać tę współzależność czy współtworzenie się kultur w literaturze białoruskiej. Pierwszy impuls dał tej literaturze Jan Czeczot, przyjaciel Mickiewicza, poeta języka polskiego, który jednak zbierał pieśni „w mowie sławiano-krewickiej”, czyli po dzisiejszemu białoruskiej i wydawał je w szeregu tomików. Dla Białorusinów to jest ich pierwszy poeta narodowy. To wszystko jest dziedzictwo dawnej Rzeczpospolitej.