Nie taki naród straszny, jak go malują. Dlaczego potrzebujemy kontynuatorów myśli Narodowej Demokracji?
Rozmowa z prof. Krzysztofem Kawalcem, historykiem, emerytowanym pracownikiem Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego.
Maciej Witkowski: Gdy współcześnie myślimy o ruchach narodowych, najczęściej kojarzą nam się one z konserwatyzmem. Nie zawsze tak jednak było. Czy polski ruch narodowy z przełomu XIX i XX wieku można uznać za ruch modernizatorski?
Krzysztof Kawalec: Zdecydowanie tak. W tamtych czasach była to jedna z ważniejszych recept modernizacyjnych. Nie inaczej sam ruch się postrzegał – Roman Dmowski był przecież autorem Myśli nowoczesnego Polaka, a nie Myśli Polaka starej daty. Znamienne jednak, że gdy w latach 80. XX w. Piotr Wierzbicki, związany z „Solidarnością” publicysta, napisał broszurę nawiązującą m.in. do dorobku Narodowej Demokracji, to nadał jej tytuł Myśli staroświeckiego Polaka. Przez 80 lat, jakie upłynęły od początku stulecia, perspektywa się zatem zmieniła. Wydaje się, że także współcześnie środowiska nawiązujące do tradycji wszechpolskiej definiują się przede wszystkim przez to, co już było. Nie próbują odczytywać znaków czasu, jak czynili to Jan Ludwik Popławski, Zygmunt Balicki i Roman Dmowski. To w znaczący sposób odróżnia ich od twórców ruchu narodowego z przełomu XIX i XX wieku.
Można powiedzieć, w felietonowym uproszczeniu, że świat poszedł do przodu, a ruch narodowy za nim nie nadążył. Tendencje konserwatywne, nieufność wobec różnych aspektów nowoczesności zaznaczyły się już w dwudziestoleciu międzywojennym.
MW: W naukach politycznych funkcjonują różne teorie narodu. Z jednej strony mamy prymordializm, w ramach którego naród postrzegany jako wspólnota naturalna, wręcz odwieczna. Przeciwne podejście prezentują moderniści, którzy uważają naród za wspólnotę „wynalezioną”. Są także podejścia pośrednie, takie jak kulturalizm. Które z nich najlepiej nadaje się do opisu narodu polskiego?
KK: Każde z tych stanowisk zwraca uwagę na ważny aspekt procesów narodotwórczych. Istotna jest wspólnota o charakterze kulturowym, a ta się tworzy w długim procesie historycznym. Przy czym upowszechnienie się poczucia wspólnoty miało ścisły związek z procesami demokratyzacji społeczeństw. Częścią zaś procesów upowszechniania się poczucia wspólnoty było pojawienie się ruchów politycznych, dla których naród stanowił najwyższą wartość polityczną, punkt odniesienia dla całej doktryny.
W Polsce ruchem takim była Narodowa Demokracja. Traktowanie narodu jako wartości naczelnej nie kłóciło się ze zróżnicowanymi poglądami na temat tego, czym ów naród jest. Oznaczało to, że w gruncie rzeczy wszystkie trzy zawarte w Pana pytaniu stanowiska były w nim reprezentowane.
I tak, w dwudziestoleciu międzywojennym w środowiskach młodzieżowych z wielką siła zaznaczył się pogląd, że Polska jest wieczna i że istnieje ciągłość więzi narodowej od pierwszych Piastów po współczesność. W przypadku polityków starszego pokolenia, z Romanem Dmowskim na czele, przeważała jednak raczej opinia, że więź narodowa jest zjawiskiem relatywnie nowym, związanym z demokratyzacją społeczeństw, a sprzyjają jej struktury polityczne typu zachodniego, gdzie władzę się wybiera. W skali zaś lokalnej dzięki samorządowi istnieje możliwość kształtowania środowiska społecznego. W Myślach nowoczesnego Polaka Dmowski wskazywał, że sytuacja taka sprzyja kształtowaniu się poczucia współodpowiedzialności za losy całej wspólnoty. Sugerował, że państwa zachodnie, przede wszystkim idealizowana wówczas przez niego Wielka Brytania, mogą się szczycić najbardziej rozwiniętą świadomością narodową. Inaczej kraje, takie jak Rosja, rządzone autokratycznie, gdzie państwo istnieje dzięki administracji i policji, wśród ludności zaś przeważają odruchy anarchiczne.
Natomiast, jeśli chodzi o to, co stanowi obiektywny podkład dla wytwarzania się poczucia odrębności narodowej, to wskazywano na różne elementy. Oprócz tradycji dawnej Polski z czasem coraz silniej podkreślano rolę języka polskiego. Z kolei elementem, który pojawił się w latach 20. XX w., było coraz silniejsze akcentowanie roli Kościoła katolickiego. Wskazywano na niego jako na instytucję jednoczącą, działającą na całym obszarze objętym kwestią polską, będącą depozytariuszem kultury łacińskiej (przesądzającej o polskiej tożsamości i odrębności w świecie słowiańskim), działającą bardziej stabilnie niż instytucje państwowe, których losy – jak wiadomo – były burzliwe.
MW: Wspomniał Pan, że polscy autorzy często odwoływali się do wzorców zachodnich. Czy można jednak wskazać coś, co odróżniało nas od innych nacjonalizmów, jakiś rys charakterystyczny polskiej myśli narodowej?
KK: Szczerze mówiąc, ciężko wskazać taką cechę. W tamtych czasach nacjonalizm był modny i w wielu krajach przejawiał się z podobną lub większą siłą niż w Polsce. Inny był język polityki. O ile dzisiaj regułą jest przykrywanie agresywnych działań retoryką odwołującą się do wartości ogólnoludzkich, wówczas akcentowanym elementem prestiżu państwa było podkreślanie jego siły militarnej. Było również rzeczą zupełnie normalną, że gdy jakieś państwo sprawowało na danym obszarze władzę polityczną, to narzucało swój własny język. My wspominamy znane wydarzenia ze szkoły we Wrześni pod zaborem pruskim ze zgrozą, ale – jak przewrotnie skomentował je brytyjski historyk Norman Davies – w jego rodzinnej Walii nie działo się inaczej.
Podobnie było z antysemityzmem. Był on widoczny nie tylko w nacjonalizmie polskim czy niemieckim, był powszechny w całej Europie. We Francji u schyłku XIX wieku głośna była afera Dreyfusa, gdy oficer francuski żydowskiego pochodzenia został fałszywie oskarżony o zdradę i szpiegostwo na rzecz Niemiec. Przez kraje niemieckie przetaczała się wówczas fala procesów sądowych w związku z posądzeniami o mordy rytualne. Krajem, w którym antysemityzm stał się częścią ideologii państwowej, była carska Rosja. To tam, wyprodukowane przez policję polityczną, powstały osławione Protokoły mędrców Syjonu.
W obrębie nacjonalizmu polskiego niechęć do Żydów narastała stopniowo. Do czasu relatywnie silniej niż wśród elit zaznaczała się ona wśród ludu. Interesującym świadectwem istniejących napięć są m.in. wspomnienia wybitnego chłopskiego męża stanu – Wincentego Witosa. Sprzyjała im ogólna bieda oraz struktura społeczna, w której, przy słabym mieszczaństwie, Żydzi odgrywali rolę stanu trzeciego. Nie znaczy to, że wrogość do Żydów nie miała form zmitologizowanych, ale mity były czymś wtórnym wobec konfliktów o podłożu ekonomicznym.
Słabość przesądów rasistowskich w Polsce, co się odnosi także do ruchu narodowego, zaznaczała się także w inny sposób. W owym czasie większość europejskich elit, nie wyłączając liberalnej części opinii publicznej, była przekonana, że cywilizacja europejska jest szczytowym osiągnięciem ludzkości, a wszystko, co znajduje się poza nią, jest barbarzyńskie lub co najmniej mniej wartościowe. Tego typu uprzedzenia dotyczyły nie tylko ludów Afryki czy Ameryki Południowej utrzymujących się ze zbieractwa czy myślistwa, lecz także cywilizacji rozwiniętych na terenie kontynentu azjatyckiego: obszaru Indii, Chin czy Japonii.
Oczywiście można śledzić refleksy takiego myślenia także u nas, ale ono nie dominowało – na pewno nie w obrębie środowisk nacjonalistycznych. Przykładowo Roman Dmowski był zafascynowany kulturą japońską, którą uważał pod wieloma względami za wyższą od europejskiej. Nie była to fascynacja egzotyką, podszyta poczuciem dystansu, ale raczej przejaw nowoczesnego myślenia, uwolnienia się od balastu europocentryzmu w ocenie zjawisk społecznych.
MW: W popularnym dyskursie często można spotkać podział na Polskę Piastów, zbudowaną na fundamencie etnicznym, narodowym, oraz wieloetniczną i republikańską Polskę Jagiellonów. Czy taki podział jest zasadny, a może mamy do czynienia ze zbyt dużym uproszczeniem?
KK: Jest to oczywiście uproszczenie. Rzeczywistość była bardziej skomplikowana. Opinia publiczna w Polsce, nie wyłączając ruchu narodowego, była w tej sprawie podzielona, a realia na obszarze objętym kwestią polską przedstawiały się tak, że trudno było odwoływać się do jednego kryterium.
Ruch narodowy odwoływał się do ideału Polski Piastów przede wszystkim na odcinku niemieckim. Mit piastowski był jednak nieużyteczny na wschodnich obszarach dawnej Polski, gdzie w początkach XX stulecia Polacy byli silnie reprezentowani w środowiskach wysoko uplasowanych w hierarchii społecznej (ziemiaństwo, wolne zawody, inteligencja), rozsianych jednak w morzu chłopstwa różniącego się językiem, a najczęściej także i wyznaniem. Tam większą wagę miało odwoływanie się do dawnej tradycji, dawnych swobód czy też podkreślanie znaczenia dziedzictwa kulturowego, które Polacy stworzyli na tamtych terenach. Eksponowanie argumentu etnicznego groziło marginalizacją kwestii polskiej. Inna rzecz, że stała się ona faktem, gdyż ruchy narodowe: litewski oraz ukraiński odwoływały się właśnie do wspólnoty rozumianej etnicznie.
Kwestie ideowe mieszały się zatem ze względami praktycznymi. Nie można jednak powiedzieć, że ruch narodowy odwoływał się wyłącznie do ideału monoetnicznej Polski Piastów, gdyż tak nie było. Sprawy były znacznie bardziej skomplikowane.
MW: Współcześnie myśl narodowa poddawana jest ostrej krytyce z perspektywy postmodernistycznej. Twierdzi się, że w ogóle nie ma czegoś takiego jak naród, lecz są tylko ideologie narodowe. Co Pan o tym sądzi?
KK: W humanistyce są obecnie toczone ostre spory wokół tego problemu. Badacze spierają się, czy naród jest konstruktem, który stanowi element pewnej ideologii politycznej podlegającej stałym przeobrażeniem, czy też odnosi się jednak do jakiejś wspólnoty, którą charakteryzuje pewna trwałość.
Z pojęciem narodu jest taki problem, że ciężko je jednoznacznie zdefiniować. Na przestrzeni lat powstało wiele definicji, lecz wciąż nie możemy mówić o naukowym konsensusie. Łatwo zatem można dojść do wniosku, że jeśli czegoś nie da się zdefiniować, to tego po prostu nie ma, w szczególności, że wielu badaczy twierdzi ponadto, że odwoływanie się do kategorii narodu prowadzi także do licznych napięć i wybuchów przemocy.
Takie radykalne odrzucenie kategorii narodu, sprowadzające się do uznania za nieistotne pytania, na które nie potrafimy jednoznacznie odpowiedzieć, nie rozwiązuje jednak problemu. Zbyt wiele ważnych znaków zapytania pozostaje bez odpowiedzi. Co gorsza, tworzą się znaki zapytania tam, gdzie wcześniej ich nie było. Utworzona reguła pozostawia bowiem zbyt wiele wyjątków, do których nie da jej się zastosować.
Nie stosuje się ona w szczególności do przypadku polskiego: dzieje Polski w wieku XIX pokazują, że wspólnota narodowa nie zawsze tworzona jest przez jakieś struktury władzy. U nas bowiem tworzyła się ona oddolnie, żywiołowo, w opozycji do działań aparatu państwowego narzuconego przez obcą władzę.
Powiązanie kwestii narodowej z posługiwaniem się w polityce przemocą również nie jest takie oczywiste. Co prawda XX wiek dostarczył sugestywnych dowodów na poparcie tej tezy w postaci dwóch wojen światowych, rzezi dokonujących się na obrzeżach etnicznych oraz bezprecedensowej zbrodni, którą był Holocaust. Trudno jednak dowodzić, że wojna była wynalazkiem nacjonalistycznym, skoro konflikty zbrojne, nieraz wyniszczające czy przybierające postać masowych rzezi, toczyły się od zarania dziejów. Co ciekawe, w XIX wieku, gdy rozkwitały idee narodowe, wojen było znacznie mniej nie tylko niż w wieku XX, lecz także niż w kosmopolitycznym wieku XVIII. A gdy idzie o wiek XX, to podczas II wojny światowej o dynamice działań przesądziły już ideologie ponadnarodowe, takie jak nazizm i komunizm. Nie można zatem wskazać jednoznacznej korelacji pomiędzy nacjonalizmem a wojnami.
Pamiętając, że spoiwem narodowej wspólnoty są nie tylko polityczne mity, ale i dziedzictwo kulturowe, w tym i wytworzony dorobek kultury wysokiej, można zaryzykować tezę, że w szeregu wypadków potencjalna drapieżność nacjonalizmu jest łagodzona przez impulsy wytworzone w obrębie kulturowego dziedzictwa. W Polsce jest to m.in. związek narodowej tradycji z ideami wolnościowymi. Takich łagodzących elementów nie ma, gdy konflikt pojawia się na styku „małych ojczyzn”: przeciwnikiem jest mieszkaniec sąsiedniej wsi (dlatego wojny chłopskie były tak okrutne) czy współcześnie np. grupy kibicowskie czy lokalne gangi. Jest to prawidłowość, którą dostrzegł George Orwell – socjalista, ale wnikliwy obserwator i analityk o wyjątkowej samodzielności sądu.
Nie chcę przez to powiedzieć, że pomiędzy narodami nigdy nie pojawia się wrogość. Różnie z tym bywało. Była to jednak zawsze wrogość jakoś oswojona, przetworzona, poddana oddziaływaniu istotnego czynnika w postaci kultury wysokiej. Faktem jest, że wpływ tego czynnika łagodzącego był często niedostateczny – w wielu wypadkach trudno było go w ogóle dostrzec. Tak jest jednak ze wszystkimi normami rządzącymi życiem zbiorowym i postępowaniami ludzi. Nie zawsze działają one należycie. Gdybyśmy je jednak zupełnie odrzucili, będzie gorzej, a nie lepiej. Uważam zatem, że nie powinno się wyrzucać kategorii narodu do kosza.
MW: W jaki sposób dziś możemy czerpać z polskiej myśli narodowej? Czego powinniśmy się wystrzegać?
KK: Z pewnością powinniśmy się wystrzegać mechanicznego stosowania recept, które powstały dawno temu, w zupełnie innym kontekście historycznym. Po tym właśnie można odróżnić epigonów od kontynuatorów.
Dobrym przykładem jest tu kwestia tzw. orientacji na Rosję. W początkach XX w. sytuacja przedstawiała się w skrócie tak, że sprawa polska tkwiła w głębokim impasie. Przełamanie go było niemożliwe bez wojny. Z układu sojuszy międzynarodowych wynikało zaś, że jedynie Rosja, występując w sojuszu z państwami zachodnimi, ma szansę zjednoczyć ziemie polskie. Sukces państw niemieckich zaowocowałby ich kolejnym podziałem. Zjednoczenie nie dawało wprawdzie wolności, zwiększało jednak szansę na jej odzyskanie, zwłaszcza w perspektywie permanentnego kryzysu wewnętrznego Rosji ujawnionego przez rewolucję 1905-1907. Podjęta w przededniu wojny światowej decyzja o opowiedzeniu się po stronie Rosji wypływała z odczytania realiów miejsca i czasu, w tym uzasadnionych obaw, by zagrożona polską irredentą Rosja nie dogadała się z Niemcami. Przypomnę – przed 1914 r. sprawa polska nie mogła wydobyć się z impasu bez wojny.
Dziś jednak sytuacja jest zupełnie inna. Mamy własne państwo i problemem jest zapewnienie mu bezpieczeństwa i suwerenności. Jeśli ktoś głosi, że Polska powinna trzymać z Rosją, bo Dmowski kiedyś o tym pisał, pokazuje jedynie, że albo zupełnie nie rozumie istoty zagadnienia, albo – przeciwnie – dobrze ją rozumie, tylko ukrywa rzeczywiste intencje za słowami powstałymi w innym historycznie czasie. Takie wyrywanie pewnych fragmentów z kontekstu jest zatem niemądre lub bardzo nieuczciwe. W ten sposób wyrządza się też wielką krzywdę autorom cytowanych słów, którzy z taką ich interpretacją z pewnością nie chcieliby mieć nic wspólnego.
Natomiast jeżeli się odczytuje myśl twórców polskiego obozu narodowego ze zrozumieniem, to rezultaty są zupełnie inne. Otrzymujemy wartościowe narzędzie analityczne, szczególnie przydatne w analizie występujących sytuacji konfliktowych, a także gdy idzie o znalezienie odpowiedzi na kluczowe pytanie, gdzie znajduje się obszar istotnego, trwałego interesu zbiorowego, który musi być broniony w każdych okolicznościach.
Dobrym przykładem twórczego rozwijania „szkoły wszechpolskiej” była publicystyka Wojciecha Wasiutyńskiego, który dokonał ciekawej analizy sytuacji Polski lat 70. W przeciwieństwie do epigonów, takich jak Jędrzej Giertych, którzy uważali, że Polska powinna trzymać się w orbicie sowieckiej, aby uniknąć niemieckich prób rewizji granicy, zrozumiał, że póki Polska nie odzyska suwerenności, to ZSRR jest dla niej głównym problemem, a groźba ze strony Niemiec ma charakter jedynie potencjalny. Dlatego poparł rewolucję „Solidarności”, inaczej niż epigoni, którzy patrzyli na nią przez pryzmat rozmaitych uprzedzeń.
Sugeruję, by iść drogą Wasiutyńskiego. Oznacza to także, że powinniśmy sprzeciwiać się próbom negowania lub kwestionowania idei narodowej. Nie jest prawdą, że jest ona nieużyteczna w społeczeństwach demokratycznych. Jest dokładnie przeciwnie: społeczeństwa potrzebują mitów integrujących, istotnych dla umacniania poczucia współodpowiedzialności za wspólny los. Idea narodowa lepiej niż którakolwiek inna sprawdza się w takim kontekście, także w wymiarze etycznym: poczucie odpowiedzialności także za dobro wspólne nie powinno być kwestią wyboru określonej doktryny, ale poczucia przyzwoitości. Rozsądek zaś podpowiada, że więcej da się osiągnąć w solidarnej współpracy niż w walce wszystkich ze wszystkimi. Instytucje pochodzące z wyboru – co jest normą w krajach demokratycznych – działają lepiej, jeśli zarówno wybierający, jak i wybierani rozumieją, czym jest poczucie odpowiedzialności, interes ogólnospołeczny i troska o przyszłość.