Paradygmat biopolityczny a polska tradycja polityczna. Dlaczego nikt nie chciał hodować idealnych Polaków?

Rozmowa z dr hab. Agnieszką Nogal, profesorką Uniwersytetu Warszawskiego.

Maciej Witkowski: Zacznijmy od początku. Czym jest biopolityka i dlaczego warto się nią zajmować?

Agnieszka Nogal: Biopolityka to teoria polityczna, którą najczęściej kojarzymy z Michelem Foucaultem. Jej początki sięgają jednak znacznie dalej, a Foucault nawiązuje właśnie do tych wcześniejszych koncepcji, które wykształciły się na przełomie XIX i XX wieku. Za twórcę pojęcia „biopolityka” uważany jest szwedzki badacz Rudolf Kjellén, który jest także jednym z prekursorów geopolityki. Chociaż, rzecz jasna, można również znaleźć wielu innych teoretyków, którzy wpisywali się w ten nurt, nawet jeśli nie sięgali po samo pojęcie.

Teorie biopolityczne stanowiły element szerszego projektu, którego celem było zdobycie naukowej wiedzy o polityce. Można zatem powiedzieć, że biopolityka czerpała z pozytywistycznego modelu rozwoju wiedzy. Nauki przyrodnicze, m.in. właśnie biologia, miały stanowić zbiór faktów, na podstawie których można było dokonywać uogólnień, odnoszących się do relacji politycznych czy też szeroko rozumianej rzeczywistości ludzkiej.

MW: Jak zatem na gruncie biopolityki można zdefiniować polskość, naród polski?

AN: W tradycji polskiej biopolityków było stosunkowo niewielu – nurt nie trafił u nas na podatny grunt. Chcąc analizować kwestię polskości za pomocą kategorii biopolitycznych, powinniśmy sięgnąć po kategorię rasy. Należy podkreślić, że ówcześni teoretycy traktowali rasę jako kategorię obiektywną, zdefiniowaną przez genotyp. W ramach biopolityki uważano, że każda zbiorowość, każda, jak powiadano, „rasa”, ma wspólny genotyp. Można zatem powiedzieć, że w tej siatce pojęciowej Polacy stanowią pewien biologiczny obiektywny typ. Są albo osobną rasą, która posiada specyficzne cechy, lub częścią jakiejś większej rasy, np. słowiańskiej.

Mogę podać zaledwie trzy nazwiska, które związane były z polską biopolityką, a konkretnie z ruchem eugenicznym. Są to Benedykt Dybowski, Ludwik Popławski i Ludwik Krzywicki. Co ciekawe, Popławski był związany z endecją, a Krzywicki był marksistą. Mimo że wychodzili z różnych założeń, to z zaangażowaniem działali w ruchu eugenicznym.

Ruch ten nie był jednak w Polsce tak bardzo aktywny jak w krajach Zachodu. Od 1915 roku sekcja eugeniki funkcjonowała w ramach Towarzystwa Higieny Praktycznej, kilka lat później przekształciła się w Towarzystwo Walki ze Zwyrodnieniami Rasy, a jeszcze później w Polskie Towarzystwo Eugeniczne, przy czym nie rozwinęło ono żadnego oryginalnego programu, lecz przyjęło wytyczne opracowane przez Międzynarodowy Komitet Eugeniczny.

Jak jednak wspominałam, tego typu myślenie nie cieszyło się dużą popularnością na ziemiach polskich. Było ono zresztą bardzo silnie zwalczane przez środowiska katolickie, które nie chciały się zgodzić na przyrodniczy redukcjonizm i obstawały przy poglądzie, że każdy człowiek, nawet najbardziej ułomny, jest chciany przez Boga. Jest to z pewnością jeden z powodów, dla których biopolityka nie zyskała w Polsce szerszego poparcia społecznego i nie wyszła poza środowiska medyczne i naukowe.

W odniesieniu do narodu polskiego kategorię narodu biologicznego można by jednak zderzyć z kategorią narodu politycznego. W polskiej tradycji intelektualnej widoczne jest bowiem rozróżnienie na „Polskę Piastów” i „Polskę Jagiellonów”. Gdy przyjmiemy koncepcję „Polski Piastów”, czyli Polski jednolitej etnicznie, możemy zastosować myślenie biopolityczne. Jeśli jednak opowiemy się po stronie „Polski Jagiellonów”, która jest bardzo zróżnicowana i zbudowana na zasadach politycznych, biopolityka będzie dyskursem zupełnie nieprzystającym.

MW: Można zatem stwierdzić, że biopolityka jest sprzeczna z polskim wielokulturowym dziedzictwem politycznym? Wydaje się bowiem, że w polskiej myśli politycznej zawsze bardziej skupiano się na kategoriach obywatelskich, a nie biologicznych.

AN: Dokładnie tak. Polska tradycja polityczna przez wiele wieków była tradycją republikańską. Wspólnota miała być zbudowana na fundamencie umowy politycznej czy też serii umów o konstytucyjnym charakterze. Nawet jak sięgniemy do początków dynastii Jagiellonów, to zauważymy, że Jagiełło był władcą obcym, który zasiadł na tronie na mocy umowy, a więc czegoś, co jest wybitnie polityczne i opiera się na zgodzie wszystkich stron.

Mamy zatem do czynienia z tradycją republikańską, która ufundowana jest na pewnego rodzaju kulturze politycznej, a nie wspólnocie etnicznej. Nawet jeśli można mówić o dominacji polskiego języka i kultury narodowej, to nie sposób zanegować politycznego znaczenia w Rzeczypospolitej rodów pochodzenia litewskiego, białoruskiego czy ukraińskiego.

Niemniej jednak po upadku I Rzeczypospolitej uznano, że taki wielokulturowy twór był bardzo słaby. Zresztą w pismach samego twórcy biopolityki, Rudolfa Kjelléna, przywoływany był przypadek I Rzeczpospolitej. Badacz przedstawiał ją jako państwo, które utraciło życiową energię i było zbyt zróżnicowane, by zachować wewnętrzną jedność i zdolność działania. Gdy dodamy do tego tendencje nacjonalistyczne, które pojawiały się w XIX wieku w całej Europie, nie powinno dziwić, że również na naszych terenach pojawiły się pewne elementy biopolityczne, powiązane przede wszystkim z nacjonalizmem.

Wielu argumentowało, że wielokulturowy model republikański był modelem archaicznym, prowadzącym do bardzo słabego państwa. Dwudziestolecie międzywojenne to zatem taki moment, w którym ta dyskusja nie była rozstrzygnięta. Z jednej strony można zatem powiedzieć, że biopolityka była sprzeczna z polską tradycją polityczną, lecz z drugiej, że sama ta tradycja była wówczas kontestowana, a jako alternatywę proponowano koncepcję narodu etnicznego, wracając do mitycznej „Polski Piastów”.

MW: W jaki sposób myślenie biopolityczne przekłada się na praktykę polityczną?

AN: Tu należy zwrócić uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze, biopolitycy uznają za Darwinem, że jedyną zasadą tkwiącą u podstaw wspólnoty politycznej jest przemoc. Rzecz jasna, Darwin, tworząc swoją koncepcję walki o byt, nie odnosił jej do społeczności ludzkich. Biopolitycy próbują jednak przenieść ją na grunt nauk społecznych i zaczynają twierdzić, że na tym poziomie jednostkami, które toczą ze sobą walkę o byt, są właśnie rasy. Jeśli pewien typ, pewna rasa czy też pewien naród miał trwać, musi rozwijać swoje siły witalne, czyli dbać o to, aby silnych jednostek było jak najwięcej, a słabych – jak najmniej.

W tym momencie dochodzimy do tego drugiego aspektu. Biopolityka jest powiązana z eugeniką, czyli teorią opracowaną przez Anglika, Francisa Galtona. Pochodził on z imperium, które władało dużą częścią świata. Na podstawie doświadczeń, które Galton zbierał w trakcie podróży, opracował koncepcję dziedzicznego geniuszu, którą można uznać za pewną wersję eugeniki pozytywnej. Doszedł jednak do wniosku, że arystokracja świetnie sobie radzi z przekazywaniem właściwych cech i uznał, że ta kwestia nie wymaga interwencji.

Inaczej było w przypadku warstw niższych. Tam Galton dostrzegał poważne problemy, którym należało jego zdaniem zaradzić. Przy podobnym ujęciu biopolityka była przede wszystkim projektem klasowym. Panowało przekonanie, że biedni nie poradzą sobie sami, ponieważ nie potrafią odpowiednio dobierać się w pary. Pojawił się zatem pomysł, aby objąć ich paternalistyczną opieką państwowych instytucji.

Tu znowu warto wrócić do tego, że biopolityka była związana z pewną koncepcją wiedzy. Panowało przekonanie, że obszar polityki, czyli wolnego działania, nakłada się na to, co jest zdeterminowane prawami przyrodniczymi. Zatem warstwy lepiej wyedukowane, które posiadają wiedzę o faktach, powinny podjąć działanie zgodne z naturą praw. Dzielono zatem społeczeństwo na elitę, która posiada wiedzę, oraz tych, którzy wiedzy nie posiadali, w związku z czym musieli zostać poddani politycznemu oddziaływaniu, aby cała społeczność cierpiała z powodu negatywnych konsekwencji wynikających z przyrodniczych praw.

MW: Jak miałoby wyglądać takie oddziaływanie?

AN: U Galtona jeszcze dominuje wizja eugeniki pozytywnej, ale w tekstach innych autorów, takich jak Spencer czy Malthus, można odnaleźć wskazanie, że wszelkie programy społeczne, mające na celu realną, ekonomiczną poprawę sytuacji biednych są ryzykowne lub wręcz szkodliwe. Taki sposób myślenia wchodził rzecz jasna w konflikt z myśleniem chrześcijańskim, ale warto zauważyć, że podobne doktryny rozwijały się przede wszystkim w tych krajach, w których pozycja Kościoła była relatywnie słaba.

Dlatego nie nazywałabym biopolityką modernistycznych projektów społecznych, polegających na poprawie zdrowia i jakości życia ludzi. Biopolityka sensu stricto była bowiem nastawiona właśnie na przetrwanie najsilniejszych i eliminację najsłabszych, a co za tym idzie, na redukcję programów społecznych. Widzimy też jej bezpośrednie powiązania z eugeniką, którą można zresztą uznać za pewną wersję myślenia biopolitycznego.

MW: Czy współcześnie można dostrzec w myśleniu biopolitycznym coś pozytywnego? Czy raczej ta teoria powinna wylądować na „śmietniku historii”?

AN: Wiemy, do czego doprowadziły programy biopolityczne podczas II wojny światowej. Ich ofiarą padła m.in. ludność polska. Zresztą na poziomie teoretycznym też jest to bardzo problematyczne. Biopolityka odwoływała się do kategorii rasy, obiektywizowała kategorie przyrodnicze, eliminowała znaczenie kultury, podkreślając, że historia jest wtórna wobec nauk przyrodniczych. Wszystkie te idee okazały się bardzo niebezpieczne i w dużej mierze obce polskiej tradycji intelektualnej.

Zamazanie granicy pomiędzy naukami przyrodniczymi, które są obiektywne i niezmienne, a działaniem politycznym zdejmowało też z ludzi odpowiedzialność. Skoro człowiek jest tylko narzędziem w rękach sił przyrody, to właściwie nie ponosi odpowiedzialności za własne decyzje czy czyny. Dlatego biopolityka, nie tylko ze względu na konsekwencje, ale także ze względu na strukturę teoretyczną, może być dziś oceniana wyłącznie krytycznie. Tak się zresztą dzieje. Wystarczy spojrzeć na dzieła Foucaulta, Agambena czy Hardta i Negriego, które ukazują biopolitykę jako system zarządzania całościami zbiorowymi, który odbiera ludziom wolność i sprowadza ich do roli przedstawicieli jednego z gatunków.