Czuję się bardziej kontynuatorem

Rozmowa z Radkiem Rakiem – pisarzem, autorem powieści i opowiadań, laureatem Nagrody Literackiej Nike (2020).

Adam Leszkiewicz: W Pańskich książkach – Pustym niebie, którego bohaterem jest zmitologizowany Lublin, czy w Baśni o wężowym sercu opisującej losy Jakuba Szeli w zgoła fantastyczny sposób – wybrane wątki z polskiej historii zostają opowiedziane za pomocą konwencji jak najdalszych od realizmu. Czy może Pan wskazać pisarzy, którzy zainspirowali Pana do pisania o polskiej historii w taki właśnie sposób?

Radek Rak: Jeśli miałbym wskazać na inspiracje, to znaczy pisarzy, którzy sprawili, że te książki są takie a nie inne, z pewnością pierwszą taką inspiracją jest dla mnie zawsze Bruno Schulz, czyli wśród polskich pisarzy ten, który w okresie formacyjnym najbardziej mnie ukształtował i do którego wracam z radością. Z pewnością widzę też wpływy Bolesława Leśmiana, zwłaszcza w warstwie językowej, bo Schulz zawsze wydawał mi się jasny i świetlisty, a Leśmian – ciemny. Jeśli chodzi o twórców, których echa znajduję u siebie, choć być może nie byłem ich świadomy w czasie pisania, to w Baśni o wężowym sercu na pewno widzę Tadeusza Nowaka. Z pewnością muszę też wymienić Lód Jacka Dukaja – to najważniejsza książka, jaka w języku polskim w ostatnim ćwierćwieczu powstała. Nie ma w moim odczuciu utworu trafniej opisującego otaczającą nas rzeczywistość, nawet jeśli mówimy o wymyślonej rzeczywistości sprzed wieku.

Jednak to nie inspiracje literaturą leżą u podstaw Pustego nieba czy Baśni…, mimo że jest tam namnożone bardzo dużo nawiązań, dyskusji albo po prostu ornamentyki sięgającej do innych tekstów. Puste niebo wzięło się stąd, że musiałem polubić Lublin, w którym studiowałem kilka lat, więc poznawałem związane z nim legendy. Zawsze lubiłem to wszystko, co jest wokół mnie – to, co jest lokalne. Później zacząłem tworzyć własne legendy, które utrzymywały ducha tych poznanych. Baśń o wężowym sercu także zrodziła się z legend lokalnych – tych, które mi opowiadano i tych, do których dokopałem się później na własną rękę już w trakcie poszukiwań.

AL: Wiemy już zatem, skąd wziął się Lublin. A Jakub Szela?

RR: Jakub Szela jest bohaterem wielu opowieści ludowych i legend związanych z moimi rodzinnymi stronami. Jest to jedna z najbardziej wyrazistych postaci historycznych z doliny Wisłoki, a jako że piszę o tym, co jest mi bliskie i co znam, wybór tej konkretnej postaci wydał mi się szczególnie ważny. Tym bardziej, że jest to historia, którą poznajemy oczywiście w szkole, ale jak wiele o tej historii nie wiemy, jak pełna jest ona białych plam i jak bardzo jest złożona, przekonywałem się w trakcie pisania. Oczywiście na początku ta kwerenda nie ograniczała się wyłącznie do wyszukiwania opowieści o Jakubie Szeli, niemniej po czasie okazywało się, że jeżeli chodzi o moje lokalne strony, to związane z nim wydarzenia były w historii mojego regionu tymi najbardziej wyrazistymi i znaczącymi.

AL: Jak łączy się to z literaturą fantasy? Diabły w Baśni o wężowym sercu opowiadają o sobie w taki sposób, że prezentują siebie jako przewrotną wersję czarodziejów z tolkienowskiego Śródziemia…

RR: …ale imiona noszą z Leśmiana. On wziął je z mitologii perskiej, ale do mnie trafiły właśnie przez Leśmiana, przez Dziejbę leśną. Jeżeli chodzi o czystą fantastykę, to ograniczę się do polskiej: nie będzie tu zaskoczenia, jeśli wymienię Andrzeja Sapkowskiego, jako tę osobę, która wpłynęła na mnie na pewno w warstwie językowej, a pewnie i w sposobie patrzenia na świat, bo zetknąłem się z jego twórczością bardzo wcześnie. Byłem z tego pokolenia, które jeszcze oczekiwało na ukazanie się ostatniego tomu sagi wiedźmińskiej. Później zresztą wracałem głównie do jego Trylogii husyckiej, do sagi o Wiedźminie jakoś nie, ale nie dlatego, że miałbym ją w jakiś sposób deprecjonować. Padło tu już nazwisko Jacka Dukaja, który pisze wspaniale o historii Polski i o tym, co nas otacza, używając pewnego symbolu fantastycznego. Pierwszą książką Dukaja, którą przeczytałem, były Inne pieśni i byłem w szoku, że można tak wspaniale pisać. Na pewno książka, która jest nadal ważna, to Czarne Anny Kańtoch – rzecz, która poza środowiskiem fantastycznym nie zaistniała, a bardzo niesłuszne.

Autorem, który pchnął mnie we właściwą stronę był też, może zaskakująco, Andrzej Pilipiuk, którego czytali moi koledzy i ja też. Może nawet to ja pierwszy przyniosłem go do szkoły. Pilipiuk nauczył mnie jednego: w natłoku anglosaskiej fantastyki z początku XXI wieku pisał o sprawach prostych i przyziemnych, które dzieją się tutaj, to znaczy skoro mieszkał w takiej a takiej miejscowości, dajmy na to w Wojsławicach, więc ją uczynił przedmiotem swojego pisania. Można więc tworzyć o tym, co mnie otacza. Nie muszę wymyślać fantastycznych neverlandów, nie muszę kopiować zagranicznych wzorców. Dlatego rzeczy, które wyszły spod mojej ręki, są lokalne, są wschodnioeuropejskie i polskie, trochę stojące być może w kontrze do wzorców tej wielkiej fantastyki zza oceanu, ale też tego, co jest na wschodzie. Ten wpływ uświadomiłem sobie dopiero niedawno.

Muszę jeszcze powiedzieć o Annie Brzezińskiej, która jest dla mnie królową polskiej fantastyki, a która będąc mediewistką, pisze też dzieła historyczne. Ilekroć jednak wraca do fantastyki, zawsze robi to w sposób odmienny, genialny – bardzo szanuję to, co Anna Brzezińska zrobiła we Mgle. A pamiętajmy, że Anna Brzezińska to autorka, która startowała od fantastyki rozrywkowej. Wielu tuzów fantastyki w latach dziewięćdziesiątych miało jej za złe, że napisała rozrywkowe słowiańskie fantasy – choć nikt chyba wtedy tak tego nie nazywał. Za opowiadanie A kochał ją, aż strach otrzymała Nagrodę Zajdla w roku 1998, a teraz pisze dzieła, które są wysokoliterackie. Mgła to jest przecież coś, co jest lata świetlne odległe od opowiadań Brzezińskiej. I pewnie po wielkim sukcesie Córek Wawelu mogłaby pisać w kółko takie same książki, ale jednak zdecydowała się na napisanie czegoś takiego jak Mgła.

AL: Wracając do Pańskich książek, na ile w budowaniu świata przedstawionego jest w nich inspiracji rzeczywistymi polskimi legendami i folklorem, a na ile czystej inwencji i fantazji?

RR: Na pewno ten folklor – czy to źródła pisane, czy mówione – jest u podstaw. Jednak jeżeli weźmiemy dawne legendy z doliny Wisłoki, jak te o czarnoksiężniku Mruku z doliny Jasła, to gdzie się nie obrócimy, znajdziemy inną mrukową opowieść i postacie w nich występujące znacząco się od siebie różnią. Czasami mamy do czynienia z jakimś przedchrześcijańskim wodzem, czasami z kimś, kogo moglibyśmy określić mianem czarnoksiężnika. Raz te opowieści dzieją się podczas najazdów tatarskich, innym razem w innych epokach i nie przeszkadza im to we współistnieniu. To był dla mnie klucz do pisania w sposób legendarny, bo tak jest napisana Baśń…, w którą wplotłem legendy, które mi opowiadano.

Istnieje na przykład opowieść o tym, że przez zamieć jedzie chłop, który się w tej zamieci zgubił, i wie, że nie trafi do domu, w którym czekają jego bliscy, i że umrze. Wtedy z zamieci wychodzi Jakub Szela, rozpruwa brzuch wołu. Chłop w wolich trzewiach jest w stanie dojechać do domu. To brzmi jak legenda o wiele starsza od samego Szeli, który został do niej wklejony, natomiast przetrwała w takiej właśnie wersji… Podobna legenda otwiera książkę Galicyanie Stanisława Aleksandra Nowaka – przez zamieć wędrują ludzie, którzy wiedzą, że umrą, rozpruwają bok kobyły, żeby przechować w jej wnętrzu najmłodsze dziecko, które przeżywszy tę sytuację, staje się protoplastą rodu będącego bohaterem książki. Ponieważ są to legendy, które pochodzą z tego samego rejonu, geograficznie dzieli je może kilkanaście kilometrów, jestem przekonany, że jest to tak naprawdę sama legenda.

Ale w Baśni o wężowym sercu zawarłem nie tylko legendy czy opowieści, ale też opis zwyczajów, które mi przekazano, czy o których mi opowiadali dziadkowie, jak wywoływanie wilka z lasu w noc wigilijną czy zaklęcie na wypędzanie bólu, czyli wiele takich rzeczy, o których wiedziałem, że jak nikt ich nie przekaże, to zginą i że jest moim obowiązkiem przekazać to w jakiś sposób dalej. Wywoływanie wilka z lasu fascynowało mnie najbardziej. Moja babcia opowiadała, że w wigilijny wieczór najstarsza kobieta w rodzinie musiała wyjść przed dom, odwrócić się w stronę lasu i powiedzieć zaklęcie, które wywoływało z lasu tego wilka. Jeśli przyszedł, to miał przygotowaną jakąś żertwę, a jeśli nie przyszedł, to trudno, ale ma już więcej ludzi nie niepokoić. W tym układzie wilk tak czy tak był przegrany, a człowiek wygrany, jak to bywa w ludowej magii. Z jakiejś przyczyny moja babcia, mimo że mi przekazała to zaklęcie, nie chciała wychodzić przed blok i wywoływać wilka z pobliskiego parku, natomiast ze swoją żoną kontynuujemy ten zwyczaj. Po drodze wypadły więc dwa pokolenia, ale teraz robi to moja żona jako najstarsza kobieta w rodzinie. W Baśni o wężowym sercu jest zatem wiele elementów wywiedzionych z folkloru. Nie zawsze się kusiłem na to, żeby koniecznie szukać źródeł, skąd pochodzą konkretne elementy – pewne rzeczy opisałem tak, jak mi je przekazano. Cały czas czuję się bardziej kontynuatorem pewnych tradycji, niż człowiekiem z zewnątrz, z miasta, który usiłuje reanimować legendy, czy pokazywać tak, żeby były one zgodne ze współczesną wizją świata. Stąd nie czuję się przedstawicielem „zwrotu ludowego”, jakkolwiek go rozumieć, a raczej częścią tego świata, co Tadeusz Nowak kilkadziesiąt lat przede mną. Zresztą Nowak pochodził z tego samego regionu geograficznego, co ja.

AL: W jakim sensie świat przedstawiony w Baśni o wężowym sercu może być trudny do przyjęcia dla współczesnego czytelnika?

RR: Baśni o wężowym sercu zarzucano na przykład słabo zaznaczony temat emancypacji chłopów oraz to, że mentalność chłopów jest nie taka, jaka „powinna” być, jakiej byśmy sobie życzyli w dwudziestym pierwszym wieku, że nie ma walki o podmiotowość, o zniesienie pańszczyzny. A mi przede wszystkim chodziło o to, żeby przekazać wizję świata, jaka była dziedziną moich przodków, na przykład to, jak wygląda czas, kiedy jest się osobą niepiśmienną. To było ważniejsze, a nie pisanie dla człowieka z XXI wieku. Wiadomo, że siłą rzeczy piszę dla niego i sam nim jestem, ale najbardziej mi chodziło o wierność przekazu, a nie o tworzenie narracji, która będzie strawna dla czytelnika z naszych czasów.

AL: Wydaje się, że patrząc z perspektywy historii literatury konwencje fantastyczne wykorzystane w ten sposób do opowiedzenia o polskiej historii są jakimś zwycięstwem romantyzmu. Wyobrażam sobie, że Mickiewiczowi bliżej byłoby do tego rodzaju twórczości niż do realistycznych powieści historycznych…

RR: Mam wrażenie, że fantastyka w Polsce jest cały czas traktowana jak podczłowiek literatury, co jest echem sporu romantyków z pozytywistami, bo fantastyka czerpie oczywiście z romantyzmu. Jeśli ktoś pisze fantastykę w Polsce, to zawsze nawiązuje w jakiś sposób do Słowackiego i Mickiewicza. Do Słowackiego nawet o wiele bardziej, nawet jeśli nieświadomie, to wchodzi z nim w jakiś dyskurs. To jest normalne i będzie z nami tak długo, jak długo będziemy takimi Polakami, jakimi jesteśmy. Zawsze będzie u nas spór między pozytywizmem i romantyzmem i to jest jedna z rzeczy, które są raczej twórcze niż destruktywne. Pomijając to, że od stu kilkudziesięciu lat prowadzimy przeważnie te same rozmowy na te same tematy, dochodząc za każdym razem do tych samych wniosków.

AL: A jakie miejsca lub postacie wskazałby Pan jako te, które nadawałyby się na bohaterów pańskich książek?

RR: W ubiegłym roku dostałem propozycję napisania zbioru opowiadań dla Małopolskiego Instytutu Kultury. Tam zetknąłem się, nie po raz pierwszy zresztą, z postacią Klementyny Zubrzyckiej-Bączkowskiej, farmaceutki z Limanowej, która była również fotografką-amatorką. Tworzyła wspaniale skomponowane zdjęcia, które mają pewnie amatorską nutę, ale jednocześnie są bardzo ciekawe, bo nie są to zdjęcia, które coś dokumentują – mają być śmieszne, zabawne, pobudzające wyobraźnię. Bardzo je lubię. Uczyniłem ją bohaterką większości tych opowiadań. Kiedy pisałem, miałem wrażenie, że ta postać jest wszędzie wokół mnie, że za mną chodzi. Nawiasem mówiąc, wracając do współczesnych dyskusji, które toczymy, to znalazłem w muzeum w Limanowej bloczki podpisane przez Klementynę Zubrzycką-Bączkowską „mra”, czyli magistra, na szyldzie też było napisane „mgr.” (tak właśnie, z kropką). Ponieważ jestem człowiekiem staroświeckim, to bardzo lubię feminatywy…, co też mi uświadomiło, jak bardzo jałowe są dyskusje przetaczające się przez internet.

Być może to właśnie Klementynę Zubrzycką-Bączkowską uczynię jeszcze bohaterką powieści, a nie opowiadań, bo to postać, z którą się bardzo polubiłem i mam wrażenie, że się dobrze rozumiemy.