Swoista wsobność

O najnowszej polskiej poezji rozmawiamy z Rafałem Gawinem, poetą, krytykiem, animatorem kultury i wydawcą.

Adam Leszkiewicz: Jakie przemiany polskiej poezji ostatniego trzydziestolecia są szczególnie znamienne i znaczące? Jakie zjawiska, dykcje wyróżniają ją od poezji pisanej u początków III RP?

Rafał Gawin: Na początku krótka instrukcja obsługi tej rozmowy. Potrzeba telegraficznych i bardzo subiektywnych skrótów, by uchwycić niszowy tygiel, w jakim utknęła najnowsza poezja polska, licząc jej ostatnie trzydzieści sześć lat. Oczywiście, o ile rok 1989 czy jakikolwiek inny można traktować jako swoistą cezurę. Nie mnie rozstrzygać. Wolę uprzedzić, że to nie będzie podręcznik teoretyka, tylko użytkownika, który zdążył się wiele razy zarówno zaskoczyć, jak i rozczarować, by w tej magmie, wciąż wielokierunkowo rezonującej – od ucieczek na coraz węższe marginesy aspołeczne, poprzez trwanie w dykcjach topornie bez przyszłości wałkowanych za wszelką cenę w imię spójnego i konsekwentnego idiomu, po mainstreamowe łaszenie się do modernizmu i klasycyzowania (prawie pomijam instapoezję), również dla karier zagranicznych (wiersze tak zwane łatwoprzekładalne) – skupić się wyłącznie na autorsko ważnych i dobrych książkach, bez szczególnie ostro wypracowanych kryteriów.

Można próbować umieścić przemiany poetyk w jakimś układzie współrzędnych, wytyczając linię Marcina Świetlickiego, linię Andrzeja Sosnowskiego i jakąś jej bardziej słowiańską kuzynkę, ostatnio (prze)hajpowaną linię Tomaža Šalamuna z synem chrzestnym Miłoszem Biedrzyckim, na co poetycki Kraków długo nie był gotowy, aż wybuchł, niemalże równolegle z pandemią, najpierw wśród tamtejszych chłopców.

Można uwzględnić, wręcz jako pole, początkową dominację wiersza różewiczowskiego, nadpisać wzdłuż linii Świetlickiego hegemonię wiersza brulionowego i (post)banalistycznego (Mariusz Grzebalski, Dariusz Sośnicki i początkowo Maciej Melecki), ze szczególnym uwzględnieniem poetyk niesprawiedliwie wrzucanych do tego samego wora z jeziora, minimalistów i obiektywistów – Grzegorza Wróblewskiego i Krzysztofa Jaworskiego (obaj zresztą zasługują na przywrócenie im należnej rangi w historii polskiej poezji).

Można śledzić mistrzowską rolę Czesława Miłosza, który przecież żył jeszcze i tworzył niemalże połowę tego okresu; zawłaszczanego politycznie Zbigniewa Herberta, do którego nie było obciachu się przyznawać i w roku 2024. Nie rozwijam tych wątków, zaznaczam tylko nietrwałość i kruchość zmiany systemu jako punktu wyjścia do zmiany dykcji. To tylko kwestia braku cenzury i kwestia smaku.

Zbyt męskocentrycznie? Przepraszam, takie były niechlubne początki. W latach 90. zupełnie osobna, niepodrabialna i niepowtarzalna minimalistka, Krystyna Miłobędzka, która triumfować miała w następnej dekadzie, wydała dwie książki. W 1996 roku wbił się w to wszystko Nobel dla Wisławy Szymborskiej. Ewa Lipska prawie co roku wydawała nową książkę, odkrywając Internet (w wierszach). Mogę wymieniać dalej: Samantha Kitsch uprawiała kamp od połowy lat 90.

W tym samym czasie wznowił rezonowanie nurt ośmielonej wyobraźni, na początku w tym wydaniu reprezentowany przez Romana Honeta i funkcjonujących korzennie jako poeci śląscy Radosława Kobierskiego i Pawła Sarnę, do których wspiął się, również z tego obszaru geograficznego, Bartłomiej Majzel. Potem wręcz przez kilkanaście lat na portalach warsztatowych (najważniejsze: Nieszuflada i Poezja Polska, stanowiące istotny punkt odniesienia do co najmniej 2008), w konkursach, wreszcie wśród osób wydających książki do nawet 2012 roku ten w praktyce przeorganizowany surrealizm dominował do przesytu: od Przemysława Owczarka, poprzez Joannę Lech, po Urszulę Kulbacką, że wspomnę jedynie laureatów Bierezina – najważniejszego konkursu na wydanie debiutanckiej książki poetyckiej (prestiżem dorównał mu jedynie „Połów” Biura Literackiego, który wystartował ponad dwie dekady temu).

Można, już w okolicach przełomu tysiącleci, szukać pierwszych zapalników dla nurtów „eko” (oczywiście Julia Fiedorczuk już w Listopadzie nad Narwią), czasem stygmatyzowanych pojęciami typu „poetki lasu” (znowu Kraków: Urszula Honek, Małgorzata Lebda, Paulina Pidzik). Wreszcie mniej więcej w tym nurcie pojawiły się rzeki, które są i których nie ma. Ale to nie inni ludzie, tylko ci sami (nie tylko Maciej Robert).

Zaraz na początku trzeciego tysiąclecia wystartowali warszawscy (przeważnie) neulingwiści, z Marią Cyranowicz, Anetą Kamińską, Michałem Kasprzakiem, Pawłem Koziołem i Joanną Mueller na czele, skupieni wokół ówczesnego SDK-u (Beata Gula i Tomasz Świtalski – pamiętamy!), mający nawet manifest i wiele teoretycznych założeń, które bardzo wybiórczo – i całe szczęście! – realizowali.

Szczepan Kopyt (debiut w 2004) i Konrad Góra (debiut w 2008) zapoczątkowali nurt poezji zaangażowanej, który w jakiś intuicyjny sposób korespondował przecież z Nową Falą, choć bez pseudonimizowania rzeczywistości w postaci antycenzurowych kalamburów. Kategoria zaangażowania stała się dość szybko tak oczywista, że krytyka zaczęła zakładać, najczęściej słusznie, że praktycznie każdy wiersz jest zaangażowany, niekoniecznie – jak imputowano Sosnowskiemu – tylko w język.

Marginalnie, to znaczy mainstreamowo, rozwijała się instapoezja. Tu chyba, pierwszą rozpoznawalną w skali kraju autorką była Anna Ciarkowska. Ale niech tego rodzaju zjawiska badają inne instytuty.

AL: Czy można w tym okresie wskazać takie przemiany w samej polszczyźnie (odzwierciedlające przemiany jakiegoś – jakiego? – wycinka rzeczywistości), które znalazły najbardziej znaczący oddźwięk w twórczości poetyckiej?

RG: Dotarcie do Polski późnego kapitalizmu po końcu historii miało wpływ najsilniejszy. Do wierszy zaczął wkraczać język marketingu, reklamy, memosfery, wreszcie portali społecznościowych, zwłaszcza X i Facebooka (Instagram, jak wyżej, odpuszczę). Adam Kaczanowski, Marcin Orliński i Julia Szychowiak wiarygodnie pokazali, że wiersz może być memem i nie jest to z mojej strony ironia.

Ponadto skutecznie rozpanoszył się w poezji język aktów prawnych, ekonomii, stosunków międzynarodowych, socjologii, dużo rzadziej – dyskursu historycznego. To już nie był mechaniczny, i odkrywany po latach Witold Wirpsza, tylko w pełni świadome parafrazy, trawestacje, przekształcenia (własnościowe), zapożyczenia, przesunięcia – kategorie i pola w jakiś sposób postmodernistyczne pozwalające pracować z gotowym materiałem. Nie chodzi oczywiście wyłącznie o to, jaki tekst przepisał, nadpisał lub zdekonstruował – w imię postpamięci – Darek Foks lub igrająca z konstytucją, zanim to było modne, Kira Pietrek. W naturalny sposób fraza wiersza odestetyzowała się, odmetaforyzowała i sprozaizowała.

Język polskiego wiersza stał się gościnny dla makaronizmów, zwłaszcza z języka angielskiego. Choć pojawiały się także wiersze i z udziałem języka śląskiego, i kaszubskiego, wreszcie, z zeszłym roku, choćby Katarzyna Michalczak wykorzystała rosyjskojęzyczne frazy. Typowa przy takich zabiegach dla czasów późnego Internetu ze znacznym udziałem sztucznej inteligencji bywa rezygnacja z tłumaczenia, choć wciąż prawie nie mamy, jak na przykład Niemcy, poetek piszących w dwóch językach jednocześnie. Dopiero w niektórych wierszach hybrydę polskiego i angielskiego stworzyła Anna Błasiak (2024), co nie spotkało się ze szczególną uwagą polskiej krytyki.

Mniej więcej w okolicach roku 2008 do języka dyskursu i literatury, nie tylko wiersza, zaczęły na dobre wracać zunifikowane w poprzednim systemie feminatywy. Co znamienne, jeszcze w roku 2025 „podmiotka liryczna” czy „chirurżka precyzji” potrafią budzić kontrowersje.

Od roku 2018 i Kokostów, debiutu Łukasza Kaźmierczaka / Łucji Kuttig, polski zaczął być oswajany dla wciąż nieskodyfikowanych języków niebinarnych. Proces trwa i wzbogaca formy wypowiedzi osób i kreacji poetyckich coraz bliżej niszowego centrum, o czym może świadczyć niedawna Nagroda Literacka Gdynia dla Anouk Herman. Co znamienne, zdecydowanie mniej kontrowersyjnie niż przy feminatywach (podejrzewam, nie wchodząc w szczegóły, wpływ literatury Young Adult).

AL: A które z dawniejszych tradycji polskiej poezji wydają się dziś szczególnie żywotne, inspirujące dla poetek i poetów?

RG: Niezmiennie surrealizm. Nie tylko pod postacią nurtów wyobraźniowych, z których największą karierę zrobił ten najbardziej ośmielony. Narzędzia charakterystyczne dla surrealizmu stosowane są często nawet w wierszach rdzennie klasycyzujących. Nieświadomie i automatycznie – tak głęboko ta tradycja przeniknęła do (poetyckiej) polszczyzny. Nie piję tu oczywiście jedynie do wszelkiej maści oniriad.

Lingwizmy, które ożywiły się na przełomie tysiącleci, są w odwrocie. Została arcyciekawa archelingwistka Joanna Mueller i gry językowe jako alternatywa lub uzupełnienie dla „gier obrazowych”. Te wszystkie „owoce noża” i „Polski od może do może” niczym „zły gotyk, który boli całe życie”, kuszą, ponieważ kompromitowane przez tendencyjnie sformatowanych krytyków metafory dopełniaczowe stanowią jedno z najłatwiejszych i jednocześnie, na pierwszy rzut oka, efektowniejszych rozwiązań językowych.

Nowa Fala odrodziła się w poezji zaangażowanej, która tak zdominowała pole poezji, że przestano o niej mówić, uznając, że i tak każdy wiersz jest zaangażowany. Co z tego, że czasem tylko w język. Tak, ta sprzeczność jest zamierzona, ponieważ temat nie został wciąż wyczerpany, a jakby narzucony, co odczułem dwie odpowiedzi temu, by wyjść z tej matni teraz.

A swoista narracyjność rodem z epok eposów? Wciąż siedzi w piwnicy. Tu zwróciłbym uwagę na Filipa Matwiejczuka snującego niezobowiązujące historie na kanwie literatury, filmu, szerzej rozumianej popkultury. Dojrzewam, by tak fragmentarycznie – z uwzględnieniem wszelkich komunikacyjnych zerwań, potocyzmów, nagięć, przegięć i wygięć wierszowej czasoprzestrzeni – skonstruowane całostki nazwać istotnymi w świetle konstytuowania się nowej linii w polskiej poezji. Gdzieś, może blisko, znajdą się też konsekwentnie dopracowane, mające flow opowiadania Belgijskie rozwiązania Marcina Czerkasowa. I, wręcz powieściowo-scenariuszowa, Kamila Janiak w dwóch najnowszych książkach – Miłości i Córach.

AL: Czy w ostatnim czasie nastąpiło tu jakieś zauważalne, znaczące przewartościowanie, odwrót od jednych – jakich? – tradycji ku innym?

RG: W ostatnim czasie, jak próbuję diagnozować wcześniej, ciągle coś upada, zanim dostatecznie się podniesie. Chciałbym zasygnalizować: jak wyżej, ale przecież wymienione w tej rozmowie prądy o różnej temperaturze niezmiennie szybko toną w bezdennych jeziorach polskiej myśli poetyckiej.

Tradycje modernistyczne praktycznie poległy. Mało kto, jak Adam Leszkiewicz czy Michał Muszalik, świadomie i konsekwentnie dialoguje z tradycją polską, śląską tudzież europejską i amerykańską. Nawet parodysta Jacek Dehnel okrzepł na tyle, że wydarzeniami okazują się przede wszystkim jego prozy (najnowszą książkę poetycką wydał w Wydawnictwie a5, jednej z ostatnich ostoi (neo)klasycyzmu).

W ogóle kategoria tradycji stała się skostniała i jałowa. Niewiele osób poetyckich sobie z tym radzi. Ktoś wyciągnie z szafy Zuzannę Ginczankę, ktoś przypomni Andrzeja Bursę, akademicy wrócą do Bolesława Leśmiana, a wyczuleni na własność wspólną do Adama Ważyka. Ktoś zdyskredytuje Jerzego Ficowskiego jako faktycznego autora wierszy Papuszy w polszczyźnie, a nie ich tłumacza. I niewiele z tego wynika dla odświeżenia poetyckiego języka: nie pojawia się nowy Dycki, nie licząc pojedynczych eksperymentów z – nomen omen – tekstami na nagrobkach w starocerkiewnosłowiańskim (Marcin Podlaski) i wspomnianą pracą na pograniczu dwóch języków (Błasiak).

Na naszych oczach pada też wiersz zaangażowany w język, w którym zderzenia słów służą sprawdzaniu potencjalności fraz i zdań, które zjadają swój ogon i – dalej nienasycone – rzucają się na zasypiającą czytelniczkę. Najwyższy czas. Temat w wierszu już nie żenuje, wręcz przeciwnie – staje się napędem dla wykorzystanej w nim formy, a sama forma bywa wybierana ze względu na realizowany temat. Taki powrót do korzeni dobrej komunikacji daje teoretycznie szansę powrotu poezji do szerszych, mniej specjalistycznych obiegów, co jednak wciąż się nie dzieje, nie licząc wspomnianych, niestety przypadkowych, karier wierszy udostępnianych bardziej jako memy.

AL: A co z inspiracjami obcą poezją, coraz lepiej dostępną i przyswajaną dzięki tłumaczeniom? Dotychczas padło tu chyba tylko nazwisko Tomaža Šalamuna.

RG: Niebieski numer „Literatury na Świecie” (7/1986) dalej odciska piętno. John Ashbery otrzymuje kolejne przekłady, Frank O’Hara czeka (i ma się w najbliższym czasie doczekać). Tak, to jest moment, kiedy należy przywołać Piotra Sommera (choć nie tylko on tłumaczył Szkołę Nowojorską, Paweł Marcinkiewicz bywa tu wręcz częściej specjalistycznie wykorzystywany). Drugi niebieski numer tego pisma – dotyczący grupy L.A.N.G.U.A.G.E. (1–2/2010) – niestety prawie wcale takiego piętna nie odcisnął (co powtarzam w różnych dyskusjach i ankietach bezskutecznie: weźcie go wreszcie przeczytajcie!). W tym kręgu Kacper Bartczak próbuje przywracać nadzieję, co wreszcie zostaje docenione. Wprowadza m.in. ożywczych dla polskiego wiersza Rae Armantrout i Petera Gizziego.

Z obszaru anglojęzycznego, jak na warunki niszy, oszałamiającą karierę zaczyna robić Anne Carson (brawurowy przekład Macieja Topolskiego!), ale na efekty takiego rozdania nowych hybrydalnych form poetyckich dopiero z utęsknieniem czekam. Najciekawsze bywają inspiracje zapośredniczone albo nieuświadomione jak w przypadku Denise Riley (jedyny wybór przekładów dał Jerzy Jarniewicz). Istotne dla zrozumienia polskiej poezji po 2000 roku Barbara Klicka i Natalia Malek przyznawały, że bliski jest im sposób, w jaki brytyjska poetka konstruuje wiersze, zderzając feminizm z współczesną myślą filozofii języka.

Rozplenia się szalamunizm, który niebezpiecznie igra z estetyzacją pustki, ale obrazowo jest chyba najbardziej nośny, ponieważ nie obiecuje znaczeń i przyczynowo-skutkowych ciągów interpretacji. Ale młode osoby poetyckie chcą się przyznawać do takich ścieżek i kresek, zatem stawiam i tę iglicę.

Paul Celan niezmiennie, w tle, zaraża śmiercionośną wizyjnością w skupieniu i minimalizmie (w ogóle ten ostatni często przywołuję, choć polska poezja na to nie zasługuje; jednak pozwolisz, że w pewnym stopniu będę projektował, żeby się realizowała taka niepatodeweloperka).

AL: Czy w samym pisaniu wierszy w Polsce obecnie dałoby się znaleźć i scharakteryzować coś, co byłoby dystynktywne właśnie dla naszego określonego tu i teraz?

RG: Swoista wsobność oparta nie tyle na hermetyzmie, nadmiernej intertekstualności czy przemetaforyzowaniu tylko na tym, co zawsze przeszkadza w szerszej perspektywie polskiej literatury – bardzo wąsko rozumianej polskości. Problem opracowali choćby Marcin Świetlicki w wierszach zatytułowanych Polska i Wojciech Bonowicz, zwłaszcza w utworach krótszych.

W świetle powyższych rozpoznań intrygująco rozprzestrzenił się Spacer 2023 Roberta Rybickiego. Wystarczy sprawdzić w sieci i zobaczyć, jak utwór o sile woli (i mięśni) robi, zachowując proporcje, oszałamiającą karierę na miarę utworu o problemach ze zdrowiem z czasów „Brulionu”, Flupów… Wojciecha Sajnóga. Wcześniej, na mniejszą skalę, rezonował wiersz Andrzej Bursa Damiana Kowala traktowany w wielu miejscach jako miniatura bez tytułu autorstwa Bursy. (Znak czasów: udostępnia się stronę z wierszem w pdf-ie, jej zdjęcie lub skan, więc bez nazwiska osoby autorskiej).

Uniwersalizacja najczęściej następuje na poziomie konfesji. Można jak Barbara Klicka w tekście, można jak Natalia Malek w zderzeniu ze słownikami i sztukami wizualnymi. To zresztą ciekawy paradoks – by wyjść poza polskie więzienie znaczonego i znaczącego – autorka Karapaksu sięga często po dawno nieużywane polskie archaizmy.

Tendencje do szerszego uwzględniania cielesności w wierszu – gdy coraz węziej bierze się ją pod uwagę w życiu – wydają się nad wyraz co najmniej ogólnoeuropejskie. Tytania Skrzydło, heteronimka Anny Adamowicz, wiedzie tu prym. Ale przecież są i wspomniana Pidzik, i Karolina Kapusta, która skutecznie rozgrywa dyskurs maladyczny, i Ewa Jarocka, łącząca psychosomatycznie kwestie cielesne z logiką terapii.

Rzeki, znowu, płyną szerszym nurtem w Ukrainie, w kontekstach donośniejszych geograficznie, granicznie, a więc i tożsamościowo (poczynając od Serhija Żadana). W Polsce stanowią, chyba na szczęście, więcej pretekstów do rozmów o zmianach klimatycznych niż do lania wody, tudzież jej wylewania z dzieckiem lub psieckiem w kąpieli, w wierszu. Chciałoby się powtórzyć za klasyczką polskiej awangardy: „Trzy ruchy i suchy”.

Za sprawą m.in. Mateusza Górniaka i Karoliny Krasny mamy właśnie prozę ruchu. Czas na wiersze, które również nie stoją w miejscu! Takie, które nie mylą tekstu ruchu z tekstem drogi, podróży w dal i w głąb. Ruch jako kategoria w pierwszej kolejności wiąże się ze zmianą.

W niedalekiej przyszłości czai się sztuczna inteligencja, która dotychczas nie robiła literaturze pięknej krzywdy, w gatunkowej zabierając pracę licznym ghostwriterom od kryminałów i sensacji pisanych – w zależności od obowiązujących mód – pod anglo- lub skandynawskojęzycznymi tożsamościami seryjnymi. Dotychczas tylko Justyna Bargielska we właśnie wydanym tomie Kubek na tsunami wykorzystała walory sztucznej inteligencji z korzyścią dla wierszy, przy okazji wkładając kij w szprychy i mrowisko mniej utalentowanym zwolennikom czynnika ludzkiego w pisaniu. Dowiozła, i to jak, w trenach i erotykach, które stały się jeszcze bardziej „bargielskie” niż wiersze pisane przez autorkę China shipping solo.

Czyli jest nadzieja, gdy na świecie nie będzie już żadnych żywych poetów, a w eterze będzie nadawać chyba tylko Radio Bla Bla Piotra Gajdy, poety zaangażowanego w rejestrację śmierci, rozpadu i zniszczenia cywilizacji, tej cywilizacji (ad gajdum to mój argument na zakończenie dyskusji o najnowszej poezji).