Sielankowe krajobrazy i stłumiony gniew. Co mówi o nas polskie kino?

Rozmowa z prof. Mikołajem Cześnikiem, socjologiem i politologiem, dyrektorem Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu SWPS i kierownikiem projektu „Polacy o polskich filmach – opinie Polaków o polskim kinie i ich postawy wobec polskiej produkcji filmowej. Badania społeczne”, realizowanego w latach 2019-2020.

Maciej Witkowski: Czy to, jakie filmy Polacy lubią oglądać, mówi nam coś o tym, jakim jesteśmy narodem?

Mikołaj Cześnik: Zdecydowanie tak. Moim zdaniem na pierwszy plan w tym kontekście wysuwa się kategoria swojskości.

Jest ona bardzo widoczna m.in. w jednym z najpopularniejszych polskich filmów w historii – w Samych swoich. Mimo że film ten powstał ponad 50 lat temu, to wciąż namiętnie go oglądamy, na co wskazują dane telemetryczne. Nawet dziś pewnie trudno by nam było znaleźć Polaka, który nigdy by o tym filmie nie słyszał. To nie jest film kultowy, który jest obecny w kulturze przez jakieś cytaty, lecz sama atmosfera tego filmu oraz rodzaj specyficznej narracji, którą w nim znajdziemy, wydają mi się bardzo polskie.

Oczywiście nie jest to coś, co znajdziemy tylko w tym jednym filmie. Podobne motywy można znaleźć m.in. w takich produkcjach jak Kogel-mogel, U Pana Boga za piecem czy Ranczo. We wszystkich tych filmach znajdziemy dość idylliczny obraz polskiej wsi, lecz – co ważne – nie jest to wieś widziana oczami dworu. Jest to opowieść z polskim chłopstwie, a ta specyficzna, ciepła narracja, którą w tej opowieści znajdziemy, jest pewnym balsamem na polską duszę, straumatyzowaną swoim „niskim” pochodzeniem.

Ujmując to językiem psychoterapeutycznym, można powiedzieć, że w naszej zbiorowej świadomości nie przepracowaliśmy przejścia ze społeczeństwa stanowego do nowych form życia społecznego, które w naszej historii odbywało się w bardzo niesprzyjających warunkach. Chodzi mi tu m.in. o wojny światowe, terror stalinowski, realny socjalizm czy transformację ustrojową. Do tego dochodzi także kulturowa opresja polskiej inteligencji wobec innych klas społecznych, o której pisał m.in. Tomasz Zarycki.

Ta filmowa sielanka odnosi nas zatem paradoksalnie do bardzo traumatycznych doświadczeń, z którymi musimy sobie jakoś radzić. Dlatego właśnie lubimy takie idylliczne filmy, pokazujące wyidealizowany obraz polskiej wsi, na której wychowywaliśmy się my sami lub nasi rodzice czy dziadkowie.

MW: Idylliczność z pewnością jest ważną cechą wielu popularnych filmów, ale bardzo dużą popularnością cieszą się również takie filmy jak Psy czy Kler, o których zdecydowanie nie można powiedzieć, że opowiadają o jakiejś idylli. O czym to świadczy?

MC: Popularność filmów Smarzowskiego, Vegi czy Pasikowskiego może wynikać z tego, że w pewnym sensie są one emanacją gniewu, który jest obecny w polskim społeczeństwie i który, poza pewnymi wyjątkami, nie znajdował zbyt często ujścia w rzeczywistości.

Psy Pasikowskiego to w moim odczuciu film będący pewnym wentylem bezpieczeństwa, dzięki któremu jako społeczeństwo mogliśmy przejść przez sytuację graniczną, jaką z pewnością był przełom lat 80. i 90. Wówczas gniew był jedną z dominujących emocji i pojawiał się w różnych kontekstach. Moim zdaniem głównym źródłem sukcesu Psów było to, że bohaterem zbiorowym tego filmu uczyniono najgorszych z najgorszych.

Filmy Patryka Vegi, operujące znacznie prostszymi środkami wyrazu niż dzieła Pasikowskiego, są z kolei emanacją gniewu, który wciąż jest bardzo silny w niektórych warstwach polskiego społeczeństwa i stanowi niejednokrotnie reakcję na pogardę, z którą przedstawiciele tych warstw się spotykają.

MW: Gdy mówił Pan o komediach, podkreślał Pan, że celowo prezentują one pewien odrealniony, idylliczny obraz. Czy te bardziej „mroczne” filmy posługują się tym samym zabiegiem, czy z założenia mają być lustrem, w którym możemy się przejrzeć jako Polacy?

MC: U Vegi na pewno mamy do czynienia z hiperbolą. U Smarzowskiego również można dostrzec elementy mocno przerysowane, takie jak scena wybijającego szamba w filmie Wesele, lecz wszystko jest jednak nieco bardziej zniuansowane. Nie jest to mimo wszystko lustro, ponieważ kino, które chce właśnie pokazać nas w taki lustrzany sposób, przykładowo film Cześć, Tereska, posługuje się zupełnie innymi, oszczędniejszymi środkami.

Takie hiperbolizowanie, które znajdujemy u Vegi czy Smarzowskiego, nie pojawia się jednak bez przyczyny. Wydaje mi się, że dziś żyjemy w czasach, w których pewne rzeczy trzeba po prostu wykrzyczeć. Nie chcę przez to powiedzieć, że w polskim kinie nie ma miejsca na subtelność. Takie filmy jak Amator, Kobieta samotna, Zimna wojna czy Ida są doskonałymi przykładami, że jest inaczej. Najczęściej jest to jednak taka subtelność, która chwyta za gardło.

MW: Gdybyśmy chcieli spojrzeć z lotu ptaka na polskie kino po 1989 roku, to jakie cechy Polaków są najczęściej eksponowane w filmach? Czy przeważają cechy negatywne?

MC: Chyba tak. Polskim twórcom i twórczyniom trudno jest robić filmy, który w sposób nieobciachowy pokazują to, co w nas ładne. Można oczywiście wskazać kilka takich filmów, ale nie jest ich wiele. Filmy, które nie próbują rozdrapywać naszych ran, przykładowo dobre polskie komedie, zwykle uciekają od tematyki polskości.

Wynika to w dużej mierze z przeświadczenia, że polskość jest w naszej kulturze postrzegana z jednej strony jako coś wyjątkowego, a z drugiej jako brzemię i ciężar. Warto zauważyć, że polskość na piedestale stawiali również ci autorzy, którzy odnosili się do niej krytycznie, tacy jak Norwid, Gombrowicz czy nawet Mrożek.

Prawda jest także taka, że pozytywne filmy o Polsce często nam nie wychodzą. Jest taka anegdota mówiąca o tym, że kiedyś Pan Bóg zstąpił z nieba i powiedział do malarza „ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze”. Gdy w Polsce ktoś chce nakręcić na kolanach film o Janie Pawle II, Ince czy Lechu Wałęsie, to zazwyczaj nie wychodzi to dobrze. Im większy Polak, tym gorszy film.

W polskim kinie częściej eksponowane są zatem negatywne cechy Polaków. Przede wszystkim jednak dlatego, że te dobre cechy trudniej pokazać. Nie bez znaczenia jest także fakt, że polscy twórcy są zazwyczaj wychowani w dość krytycznym podejściu do polskości, a przynajmniej do pewnych jej przejawów. Jest to charakterystyczny rys polskiej inteligencji. Nie dotyczy to wyłącznie filmowców.

MW: Z przeprowadzonych przez Pana badań wynika, że Polacy są najbardziej krytyczni wobec rodzimych komedii romantycznych. Czy to wynika z tego, że po prostu uważają te filmy za słabe, czy też może stać za tym coś innego?

MC: Ja bym to porównał do jedzenia z McDonald’s – nikt go nie lubi, wszyscy je jedzą. Ludzie oglądają komedie romantyczne, ale nie mają wobec nich zbyt wygórowanych oczekiwań. Chcą się po prostu rozerwać.

Oczywiście jest też trochę tak, że w takich filmach często jest pokazywany tak odrealniony obraz Polski, że ciężko się nawet z nim utożsamić. Bohaterowie takich produkcji wykonują różne zawody, ale najczęściej mieszkają w apartamentach wyciągniętych wprost z katalogów projektantów wnętrz, a nocami jeżdżą autem po Moście Świętokrzyskim, który polscy twórcy w szczególny sposób sobie upodobali.

Należy jednak mieć na uwadze, że komedie romantyczne to osobny gatunek sztuki filmowej, który rządzi się swoimi prawami. Tak jak wspominałem wcześniej, mają przede wszystkim dostarczać rozrywki. Wielcy reżyserzy, chociaż są oczywiście wyjątki, nie biorą się zazwyczaj za kręcenie takich filmów. Ich interesuje zwykle prawdziwa, pełnokrwista fabuła, którą bardzo rzadko można znaleźć w produkcjach nastawionych na rozrywkę i zysk.

MW: Na koniec chciałbym zapytać, jakie filmy powinny Pana zdaniem powstawać w Polsce? Czy ta droga, którą kroczą obecnie polscy twórcy jest słuszna, czy też raczej powinniśmy szukać nowych środków wyrazu, nowych sposobów opowiadania o Polsce?

MC: Warto na poważnie zadać sobie pytanie, czy polskie kino powinno w ogóle opowiadać o Polsce. Czesi nakręcili wiele kultowych filmów, które nie są wcale o Czechach i mają charakter w dużej mierze uniwersalny. Być może to jest klucz do sukcesu. Wydaje mi się jednak, że z polskiego kina polskości nie da się usunąć.

W polskiej kinematografii dostrzegam na pewno coś w rodzaju pokoleniowego pęknięcia. Starsi twórcy mówią językiem filmowym, który jest głęboko zanurzony w starym paradygmacie i zupełnie odmienny od języka, którym posługują się dzisiejsi dwudziestolatkowie. To jest jedno z wyzwań i nie wiem, czy potrafimy dziś na nie jakoś odpowiedzieć.

Uważam, że Polacy nie powinni brać się teraz za tworzenie konkurencji dla Marvela, za robienie kina stricte rozrywkowego. Do tego potrzebne są ogromne pieniądze, doświadczenie i kapitał popkulturowy. Amerykanów po prostu nie dogonimy. W Europie za takie kino mogą brać się co najwyżej Anglicy lub Francuzi, wydaje się, że nawet Włosi już od tego odeszli.

Gdy myślę o polskiej kinematografii, mam pewien kłopot. Z jednej strony chciałbym oglądać takie kino, które w sposób prawdziwy i poruszający pokazuje nasze dylematy. Wydaje mi się jednak, że polski widz nie jest gotowy na to, żeby opowiadać mu Polskę w sposób zupełnie kontestujący to, co było do tej pory. Biorąc się za takie kino, łatwo można bowiem popaść w skrajny rewizjonizm, który mógłby doprowadzić nawet do rozpadu narodowej wspólnoty. Filmy nie mogą być narzędziem polaryzacji.

Marzą mi się jednak takie filmy, które w sposób subtelny i mądry opowiadają o trudnych momentach z polskiej historii. Moglibyśmy wzorować się m.in. na takich produkcjach jak Spaleni słońcem Nikity Michałkowa czy Czas krwawego księżyca Martina Scorsese. W polskiej kinematografii tą drogą próbował iść Paweł Pawlikowski i w ogóle nie dziwi mnie to, że Zimna wojna była jednym z faworytów do Oscara. Bardzo żałuję, że nie wygrała.

Jeśli zgodzimy się, że część polskiej kinematografii powinna być o polskich sprawach, to chciałbym, żeby to było kino krytyczne, a nie hagiograficzne. Nasza narodowa wspólnota przypomina nieco straumatyzowaną rodzinę, która musi sobie jeszcze wiele przepracować, aby wyjść na prostą. Myślę, że film jest bardzo dobrym narzędziem do takiej pracy.