Władze nakręcały spiralę społecznych emocji związanych z niedawną wojną i okupacją
Rozmowa z dr. hab. Maciejem Wojtyńskim, historykiem z Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego.
Konrad Rokicki: Dzisiejszą rozmowę poświęcimy kinematografii historycznej PRL. Ponieważ „Polska Ludowa” była państwem niedemokratycznym, w którym formalnie dużą rolę w życiu publicznym odgrywała marksistowsko-leninowska ideologia, to nie powinno budzić zaskoczenia, że do kształtowania oficjalnych nurtów myśli używano popularnej rozrywki, jaką były filmy. Dzieła te często poruszały tematykę historyczną i w ten sposób promowały wykładnię dziejów z perspektywy zgodnej z interesami komunistów.
Maciej Wojtyński: Niewątpliwie tak było. Ze względów czasowych chciałbym zaproponować skupienie się na przykładzie jednego konkretnego filmu. Proponuję Hubala w reżyserii Bohdana Poręby. Poręba po latach opowiadał, że został wezwany do Ministerstwa Kultury, gdzie powiedziano mu, że „wicie, rozumicie”, a Jan Józef Szczepański (ten sam, którego nazwiska nie było w scenariuszu i na liście płac) przyniósł scenariusz do filmu o majorze Henryku Dobrzańskim ps. „Hubal” i zaproponowano mu realizację tego filmu. Poręba, wówczas czterdziestokilkulatek, szybko się zgodził. Był rok 1972, tj. początek rządów Edwarda Gierka, kiedy podejmowano różne nowe inicjatywy, np. odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie.
Poręba nakręcił ten film. Był jednocześnie jeden warunek postawiony przez władze. Było nim było usunięcie ze scenariusza dwóch scen: romansu Marianny Cel ps. „Tereska” (granej przez Małgorzatę Potocką) z mjr. Dobrzańskim, a także sceny prezentującej to, co się wydarzyło naprawdę w trakcie II wojny światowej, tj. zamordowania jeńców niemieckich jeszcze w trakcie kampanii wrześniowej. W tej ostatniej scenie jeden z żołnierzy zapytał majora, co zrobić z żołnierzami niemieckimi, którzy trafili do niewoli. Grający „Hubala” Ryszard Filipski odpowiedział: „wypuścić”. W reakcji na ewidentne zdziwienie żołnierza major dodał: „wykonać”. Scena ta miała „ugłaskać” historię, według której Polacy prowadzili wojnę w sposób całkowicie czysty.
Film Poręby miał również problemy z cenzurą, ponieważ żądano usunięcia sceny w kościele podczas mszy bożonarodzeniowej, na której śpiewano kolędy i Boże, coś Polskę. Scena wyjątkowo patetyczna i robiąca wrażenie. Ryszard Filipski wspominał, że podczas komisji kolaudacyjnej, na której posiedzeniu on sam również podlegał ocenie, akcentowano, że o ile scena w kościele jeszcze by przeszła, to już śpiewanie piosenki zawierającej słowa „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie” było przesadą. Ta scena pokazuje dość dobrze to, co w polską kinematografię wnosił film Poręby. Obraz ten odnosił się bezpośrednio do tego, co myślała lub z czego zdawała sobie sprawę większość Polaków, a co przez poprzednie dwadzieścia kilka lat w rodzimych filmach nie było pokazywane. Kolaudanci zorientowali się, że umieszczenie takiej sceny by „śmierdziało”. Ostatecznie to przeszło, co ciekawe, dzięki interwencji Wojciecha Jaruzelskiego.
KR: Czy w tym filmie znalazły się jakieś inne, mające nieco antykomunistyczny wydźwięk sceny, które podważały oficjalną, obowiązującą w Polsce narrację dotyczącą historii II wojny światowej?
MW: W tym filmie znalazły się pewne, cokolwiek osobliwe jak na lata jego produkcji, sceny. Dla przykładu moment, w którym żołnierze „Hubala” natrafili na pomordowanych żołnierzy polskich. Jest oczywiste, że Niemcy mordowali jeńców – i to na potęgę. Ale ciekawe jest to, że żołnierze ci byli zamordowani w sposób bardzo charakterystyczny i powszechnie znany – strzałami w tył głowy. I teraz ciekawe jest to, czy w tym „maczał palce” Szczepański, czy też była to licentia poetica reżysera. To ostatnie jest możliwe, ponieważ Poręba pochodził z Wilna i wychował się w rodzinie piłsudczykowskiej, więc pewien stosunek do Rosji Sowieckiej, nawet jeśli sam „sczerwieniał”, miał zaszczepiony. Ta scena jest znamienna, ponieważ dla wszystkich, którzy szli wówczas do kina, przekaz był jasny. Ja sam byłem na tym filmie w wieku dziewięciu lat. Po pierwsze, na mundurach zamordowanych żołnierzy widać orzełki z koroną. Po drugie, sama technika zabójstwa żołnierzy. W 1973 r. nie można było oczywiście mówić o tym, że żołnierzy polskich zabijali Sowieci (nie tych wprawdzie, ale ogólnie), ale prawda jest taka, że kto z oglądających miał wiedzieć, ten wiedział, o co chodzi.
KR: To jednak obrazy mocno odbiegające od oficjalnej narracji, prawda?
MW: To był fenomen. To były zupełnie inne sceny niż w filmach historycznych kręconych w latach 60. XX wieku, np. w filmach Czesława Petelskiego, Jerzego Passendorfera czy Jerzego Hoffmana. Różniło się to istotnie od obrazu przedstawianego np. w Czterech pancernych i psie czy Stawce większej niż życie. Co prawda, dzisiaj już nie aż tak wiele osób pamięta, iż Kloss był agentem sowieckiego kontrwywiadu wojskowego GRU, a w tych serialach przewijali się często żołnierze sowieccy i partyzanci komunistyczni. Ale tak jednak było. Co osobliwe, fabuła tych seriali była kalką różnych historii z działań Armii Krajowej, bo – jak wiadomo – Gwardia Ludowa i później Armia Ludowa były niewielkimi formacjami.
KR: A jaki był prezentowany obraz świata we wcześniejszych filmach dotyczących II wojny światowej?
MW: Jest jeszcze inny film, o którym warto powiedzieć z perspektywy zmieniającej się nieco na przełomie lat 60. i 70. kinematografii polskiej. Może od niego, jako wyprzedzającego Hubala o tylko kilka lat, zacznę. Jest nim Jak rozpętałem II wojnę światową. Proszę pomyśleć: film komediowy dotyczący tragicznego wydarzenia, jakim był konflikt kosztujący życie wiele milionów osób. To na pierwszy rzut oka kompletnie nie pasowało do charakteru narodowego Polaków. Produkcja tego filmu to dowód na wpływ zagranicznych trendów filmowych, ponieważ wówczas popularne zaczęły się stawać tego typu produkcje filmowe, robione na wesoło pastisze, których najlepszym przykładem było bodaj Złoto dla zuchwałych. Na wojnę zaczęto wówczas patrzeć z nieco innej perspektywy. Wydaje mi się przy tym, że w Polsce – w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie były zupełnie inne doświadczenia historyczne – ten film był emanacją chęci oswojenia obrazu II wojny światowej i traum z nią powiązanych przez powojenne pokolenie. Jednocześnie w Jak rozpętałem… było wiele drobnych smaczków, detali, które widzowie bardzo łatwo dostrzegali i które miały pewien wydźwięk polityczny. Przykładowo w jednej ze scen Franek Dolas odpowiadając na pytanie „A za jaką Polskę będziesz walczyć?”, stwierdzi, że „przecież Polska jest tylko jedna”. To był film przepełniony jednak pewnym optymizmem i humorem. Proszę pamiętać wszakże, że humor jest bardzo mocną bronią.
Bardzo dobrym przykładem akcentowania humoru, choć w zupełnie innym stylu, jest film wywodzący się z początku powojennych dziejów Polski. W 1947 roku nakręcono Zakazane piosenki. Film, którego przedmiotem były piosenki i który miał pokazywać, że mimo wielkiego gruzowiska, jakim stała się Warszawa i Polska, nowe życie dawało szansę na bycie lepszym. Oczywiście nie stroniąc od samych warunków okupacji niemieckiej. Z tym filmem jest związana pewna ciekawostka. Pamięta Pan scenę, w której dziecko w tramwaju śpiewa antyniemiecką piosenkę? Dziecko śpiewa po polsku, zresztą m.in. o tym, że Niemcy go nie zrozumieją, bo są głupi. W pewnym momencie donosi o tym oficerowi niemieckiemu kobieta będąca volksdeutschem. W związku z tym chłopiec musi uciekać przed Niemcem i wyskakuje z tramwaju. Niemiec podąża za nim i strzela w jego kierunku.
Ciekawe, jest to, że nie była to oryginalna scena. Jej przekaz został wzmocniony. W pierwotnej wersji ten chłopiec po prostu uciekł, zaś samo strzelanie w jego kierunku później dokręcono. Proszę zwrócić uwagę na ten drobny niuans. Z jednej strony, słowo „Niemiec” i „Niemcy” bezpośrednio po II wojnie światowej pisało się małą literą i w pewnym momencie był całkiem poważny plan, by wprowadzić ten fakt do zasad języka polskiego. Z drugiej, ta scena, do której element ataku z bronią na dziecko został dokręcony. Oto przesłanki dość mocno ukazujące, iż władze starały się nakręcać spiralę społecznych emocji związanych z zakończoną niedawno wojną i okupacją. Z tego procesu zaczęto się stosunkowo szybko wycofywać w związku z ogólną polityką w bloku wschodnim w obliczu powstania Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Na montowanych w Warszawie tablicach Tchorka, upamiętniających poległych w mordach dokonanych przez niemieckich żołnierzy, nieprzypadkowo – a były to tablice z końca lat 40. – napisano, że mordów dokonywali już nie „Niemcy”, a „hitlerowcy”.
W kinematografii, jak widać po omawianych przez nas przykładach, prezentowany był obraz, który miał trafić do wszystkich. Tu liczyły się wszystkie gesty, sformułowania i inne, drobniutkie detale, które mogły zapaść w pamięć. Bo to kształtuje nasze spojrzenie na rzeczywistość. I między innymi dlatego w Hubalu jest scena, w której w Studziannie-Poświętnem „Tereska” odpowiada – na zwróconą jej uwagę, iż w jej mundurze są wszy – „a co, w chałupie ich nie ma?”. Skąd ta odpowiedź? Bo to były polskie mundury. Wie Pan, jak mi serce rosło, gdy widziałem tę scenę jako dziewięcioletnie dziecko? Tak jak wielu innym, którzy na pokazach tego filmu się znaleźli. Poręba jest dzisiaj krytykowany jako antysemita ze Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”, jednakże do jego filmu nikt się nie przyczepiał i nie czepia.
KR: Jak duży, Pana zdaniem, ten film wywarł na społeczeństwo? Ile osób w ogóle go obejrzało.
MW: Na ten film poszły tłumy. To był jeden z większych sukcesów frekwencyjnych w PRL-u. Może nie taki jak Potop czy Krzyżacy, ale to było coś powszechnie oglądanego. O ile wiem, nikt nie przeprowadzał badań socjologicznych nad wpływem, jaki ten film wywarł na Polaków. Wiem, co wynika z lat mojej pracy ze studentami, gdzie na różnych zajęciach pokazywałem im fragmenty tego filmu z prośbą o komentarz. Jeszcze w Pana pokoleniu [ludzi urodzonych w ostatnich latach XX w. – przyp. K.R.] wiedza o „Hubalu” jest obecna i jest on postacią zasadniczo niebudzącą negatywnych skojarzeń.
W tym filmie było oczywiście dużo, nazwijmy to, „czerwonego dydaktyzmu”. Ale był on powszechny w PRL-u, otaczał nas zewsząd. I dlatego ludzie poszukiwali, m.in. w kinie, tych rzeczy, które były odejściem od dotychczas obowiązującej propagandy. I teraz trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: czy ta jednoznacznie pozytywna ocena filmu pt. Hubal nie powinna była zostać przysypana jednak odrobiną dziegciu. Pamiętajmy o tym, że ten film nie wziął się znikąd. Film Poręby nakręcono, ponieważ taka była wola władz, dlatego też trafił do kin. Zgodzono się na pewne detale, o których wspominałem, by jednocześnie zaprezentować nieco wizji propagandowej.
Tak czy owak, jednak Porębie zawdzięczamy to, że wtrętów ideologicznych w tym filmie było relatywnie mało i w pamięć zapada widzowi obraz bohatera walczącego z Niemcami o Polskę. Dowódcy Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego, który przetrwał znacznie dłużej niż pierwotnie zakładano i który walczył za Rzeczpospolitą tak, jak potrafił. Pewne informacje w tym filmie są oczywiście na wyrost, jak na przykład przeinaczenie w zasadzie postaci Jerzego Dąbrowskiego, którego zastępcą w okresie kampanii wrześniowej był mjr Dobrzański. Dąbrowskiego pokazano wyłącznie jako zgorączkowanego tchórza, który rozwiązał swój oddział. Nic jednak w tym obrazie dziwnego, bo Dąbrowski – tzw. „pierwszy Łupaszka” – brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej przeciwko Sowietom, a w 1940 roku został przez nich zabity w Mińsku. To nie jest jedyny przykład. Rotmistrz Stanisław Sołtykiewicz był w tym filmie z kolei pokazany jako ten, który też stchórzył i opuścił oddział Dobrzańskiego. I choć znajduje to pokrycie w historii, to jednak jest dużym niedopowiedzeniem. Sołtykiewicz istotnie opuścił oddział, zresztą bardzo szybko, bo na początku października 1939 roku (w filmie z kolei jest to przedstawione tak, jakby miało miejsce dużo później), ale przedostał się przez Węgry na Zachód i służył w Polskich Siłach Zbrojnych.
Mimo to proszę mieć świadomość, że ten film miał potężne znaczenie dla polskiej kinematografii. W moim odczuciu wielokrotnie większe niż Kierunek Berlin czy Ostatnie dni. Z pewnością nie większe niż Czterej pancerni czy Hans Kloss, ale to z kolei wynika z tego, że te seriale są puszczane na okrągło po dziś dzień. Hubal jednak zawierał elementy charakterystyczne dla późniejszego kina PRL, tj. pewne drobne detale niebędące „czerwonym dydaktyzmem”, treść polityczną wyrażaną niekoniecznie wprost, a także – co charakterystyczne dla kina dotyczącego II wojny światowej – narrację mającą w jakimś stopniu oswoić traumę wojenną i wzniecić poczucie narodowej satysfakcji. To ostatnie było normą. Tak jak w innych filmach, tak i tutaj Polacy dzielnie bili Niemców. I dlatego film ten nie przeszedł bez echa wśród żyjących w Polsce Ludowej Polaków.